Wstęp

Kiedy zakładałam stronę slow travel myślałam przede wszystkim o tym, że mam Wam do zaoferowania spędzanie wolnego czasu- wakacji, weekendów w spokojnym wiejskim zakątku. To zaproszenie znajdziecie w zakładce „nasza oferta”.

Tak naprawdę jednak całe nasze życie jest podróżą w czasie i przestrzeni. Moje życie to ucieczka od kulturowo uwarunkowanych stereotypów, od wychowania w jedynie słusznej wierze i od pracy na etacie.

To jest przestrzeń związana z szeroko pojmowaną filozofią slow, która paradoksalnie zdobywa niezwykle szybko zwolenników na całym świecie. Jest buntem przeciwko postępującej komercjalizacji i bezrefleksyjnemu życiu.

Jak pogodzić współczesny model życia i nie stłamsić własnych pragnień i potrzeb? Jak znaleźć szczęście i spełnienie w dzisiejszych realiach? Jak tanio żyć, kiedy zrezygnowało się z udziału w "wyścigu szczurów"? Złotego środka będę szukać w najbardziej podstawowych aspektach naszego życia- w pożywieniu, w rękodziele, w rozrywce i w pracy.

sobota, 21 grudnia 2013

Głosem karpia

Zbliża się Wigilia, kiedy ponoć zwierzęta przemawiają do nas ludzkim głosem, w związku z tym ja dziś, na pięć minut przed Wigilią Bożego Narodzenia, postanowiłam porozmawiać głosem karpia.
Tradycja jest ważna i stanowi podstawę naszych dzisiejszych działań, ale powiedzmy to sobie szczerze, niektóre zwyczaje powinny pójść wreszcie do lamusa.
Jesteśmy już od jakiegoś czasu edukowani w kampaniach społecznych, że zwierzęta mają takie same odczucia, kiedy sprawia się im ból i podobnie jak my, odczuwają stres. Wraz z rybami należymy do podtypu kręgowców, których układ nerwowy zbudowany jest w podobny sposób. Ewolucja stworzyła nas takimi, że niektóre zwierzęta zjadamy, co oczywiście wiąże się z ich zabijaniem. Jednak to od nas-ludzi zależy, w jaki sposób się to odbywa i ile cierpienia sprawiamy przy tym zjadanemu zwierzęciu.

Zawsze przez całe lata się zastanawiałam, dlaczego nie można kupić karpia normalnie w sklepie, wypatroszonego i martwego, jak makrela, czy inny łosoś? Co to za dziwna tradycja, która zmuszała nas przez dziesiątki lat do dokonywania rytualnych mordów przed świętem Bożego Narodzenia? Denerwowało mnie to, ponieważ wszyscy w rodzinie, prócz mnie, bardzo lubią karpia i nie wyobrażają sobie bez niego Wigilii. Gdyby nie ten fakt, dawno podarowałabym sobie karpie na święta. Teraz mamy już na szczęście wybór i możemy kupić oraz przyrządzić karpia w sposób cywilizowany, ale jeszcze kilka lat temu było to niemal niemożliwe.


Większość z nas pamięta jeszcze czasy, kiedy po karpia stało się w kolejce kilka godzin, a potem przez kilka dni pływały one w wannie. Akurat to, że nie można było się w tym czasie kąpać, dla dziecka, jakim byłam, nie stanowiło żadnego dyskomfortu. Problem zaczynał się wtedy, kiedy dziecko siedziało w tej łazience przez kilka dni, karpie miały już swoje imiona, a potem to dziecko patrzyło, jak tatuś mało wprawnie owe mocno już ulokowane w sercu dziecka karpie morduje. Tatuś przeżywał nie mniejszą traumę. Do zabijania kompletnie nie miał chęci ni powołania, ale presja społeczna, jakiej był poddawany (jak to mężczyzna nie chce/umie zabijać?!) powodowała różnego rodzaju dramatyczne sceny. Stres i setka na wzmocnienie przed „rytualnym mordem” działały na niekorzyść karpia. Fakt, że karp jest mocną i wytrzymałą rybą powodował, że zanim trafił na talerz, grał główną tragiczną rolę w krwawej i długo trwającej jatce.

Myślę, że moja rodzina nie była wyjątkowa, a sceny tu opisywane rozgrywały się w wielu domach w tamtych czasach. Być może tak jest i do dziś.
Od jakiegoś czasu, sprzedawcy karpi okazjonalnie zgadzają się zabić lub ogłuszyć rybę przy jej sprzedaży. Nie zawsze przebiega to w sposób cywilizowany. Całkiem niedawno, może dwa, trzy lata temu obserwowaliśmy prawdziwe igrzyska pod Biedronką, kiedy tłum złożony również z małoletnich dzieci, nie tylko obserwował, ale i dopingował sprzedawcę uzbrojonego w młotek. Nigdy nie wiadomo, jaka scenka przeżyta w dzieciństwie popchnie dziecko na tę, czy inną drogę. Być może któreś z tych małoletnich za dziesięć lat przećwiczy tę scenkę z siekierą i mamusią w roli głównej?

źródło zdjęcia ze strony: 
www.guardian.co.uk/travel/2011/dec/19/travelfoodanddrink-food-and-drink

Staram się nie popadać w ekstremizmy i nie uderzać w moralizatorski ton. Jeżeli ktoś lubi świeżo i własnoręcznie zabitego karpia, powinien mieć do takiego dostęp. Oczywiście, powinien też umieć zabić go w sposób fachowy i humanitarny. Sprzedający mieliby obowiązek zapewnienia rybom nieco lepszych warunków niż obecnie, kiedy taka sprzedaż odbywa się jeszcze na masową skalę. Cała reszta ludzi, a jest ich zdecydowana większość, zadowoli się sprawioną i przygotowaną do usmażenia rybą, jeśli tylko zapewni się jej dostawę, bo popyt na ten towar jest i to ogromny.

Przy temacie świątecznej rybki chciałam złożyć czytelnikom życzenia:

Spokojnych i radosnych Świąt spędzonych w miłej rodzinnej atmosferze oraz zdrowego stylu życia przez okrągły rok.  
No i oczywiście szampańskiego przejścia w Nowy Rok :-)



sobota, 26 października 2013

Wino domowe.

Nasze pierwsze próby samodzielnej produkcji wina domowego były nieudane. W nowym ogrodzie, zakupionym wraz z domem w 2001 roku, rozbuchała się winorośl, na której jesienią winne grona wyglądały tak, jakby chciały, żeby ktoś je zerwał i przerobił na wino.


Otrzymawszy przepis od osoby, która wiele lat zajmowała się produkcją domowych win, wyszedł nam ocet. Mamy wiele aktywności i sporo pasji. Jeśli zatem coś się nie udaje, łatwo się zniechęcamy i zajmujemy czymś innym. Kilka lat później, kiedy Internet na dobre zagościł w naszych progach, namawiani przez sąsiadów, krewnych i znajomych, zaczęliśmy szperać i czytać przepisy na domowe wina. Wypowiadali się tam przeróżni znawcy, zawodowcy i amatorzy. Pierwszy rok naszych prób polegał na kopiowaniu co do joty przepisów z jednej z popularniejszych stron winiarskich. Czego tam nie było i w co nie musieliśmy się zaopatrzyć! Studiowaliśmy tabelki związane z proporcjami owoców i cukru. Straszono nas zbyt dużą ilością tego cukru. Jak przedawkujecie cukier, drożdże nie ruszą. Kupiliśmy jakieś dziwne przyrządy, które przydały się tylko raz, albo wcale, takie, jak cukromierz.

Jaki był efekt? Stosując podane przez fachowców proporcje, bojąc się, aby nie przecukrzyć i nie zabić drożdży, wyprodukowaliśmy cierpkie, przez niektórych zwane- wytrawne- wina. Nie lubię win słodkich, ale to, co nam wyszło potraktowałam, jako porażkę. Dosładzanie, zlewanie i inne manipulowanie w procesie fermentacji skończyło się zapleśnieniem wina. Nic, tylko usiąść i płakać.

W końcu się zezłościłam. Jako osoba gotująca na co dzień mam pewien rodzaj instynktu, który podpowiadał mi, że te proporcje związane z cukrem, to kompletne brednie. Wino byłoby całkiem smaczne, gdyby było słodsze. Machnęłam zatem ręką na wszelkie poradniki, przeciągnęłam Chłopa na ciemna stronę mocy i zrobiliśmy wino najprostszym sposobem, bazując na poprzednich złych doświadczeniach. Skoro nie zawsze drożdże biorą górę nad innymi bakteriami i może zrobić się kwas, należy owoce wypasteryzować, czyli zagotować, tym bardziej, ze nie zawsze chce się je dokładnie myć. A jak się umyje, wraz z brudem i bakteriami wypłucze się również dzikie drożdże. Nie przekonał mnie sposób  robienia wina polegający na eliminowaniu bakterii za pomocą siarki. Siarki to ja nadmiar będę miała w piekle, teraz chcę zdrowo się odżywiać i nie aplikować sobie żadnej niepotrzebnej chemii. 

Doszliśmy do wniosku, że lepiej będzie zagotować owoce, a po wystudzeniu dodać drożdże winne.
I tak metodą prób i błędów wypracowaliśmy własny przepis na wina, który jest uniwersalny dla wszystkich owoców.

Do butli o pojemności 15 litrów wchodzi 10 litrów nastawu (owoców wraz dodatkiem wody z cukrem), aby  swobodnie można było nastaw zagotować i rozpuścić 3 kilo cukru. W praktyce są to dwa czterolitrowe gary zapełnione owocami w 4/5 objętości uzupełnionej wodą oraz 1 dwulitrowy garnek. W każdym z garnków, po zagotowaniu zawartości,  rozpuszczam cukier. Robię wszystko wieczorem, aby do rana nastaw wystygł do temperatury pokojowej. Rano wlewam nastaw do czystej butli (powinno być maksimum 2/3 objętości butli, bo fermentacja czasem przebiega burzliwie, o czym przekonałam się na własnym przykładzie w tym roku-szczegóły pod tym linkiem), dodaję drożdże, zatykam korkiem z rurką. Do rurki koniecznie trzeba dać czopek z waty, ponieważ lubią tam wpadać muszki owocówki. I to wszystko zostawiam w ciepłym miejscu na dwa do czterech miesięcy. I nic z tym po drodze nie robię. Nie ma żadnego zlewania, otwierania butli, dolewania syropu, bo przy takich praktykach wszystko nam się kiedyś zakaziło i wyszło gówno, nie wino!


Po kilku tygodniach/miesiącach, kiedy mamy już pewność, że fermentacja ustała, zlewamy wino do butelek. Najsmaczniejsze jest, jak w tych butelkach poleżakuje sobie jeszcze przynajmniej pół roku. Dłużej, jak 2 lata nie ma co trzymać domowych win. Pozbawione chemii, wietrzeją.

Jeśli ktoś dysponuje stodółką i nie posiada sąsiadów konfidentów, może sobie z pozostałych w butli fusów przepędzić bimber. Destylat owocowy nie ma sobie równych. Wychodzą z niego najsmaczniejsze domowe nalewki i likiery.
Bardzo ważna uwaga: po takim domowym winie, ani po destylacie owocowym nie ma kaca.




wtorek, 3 września 2013

Zakupy w Biedronce. Świadomy wybór, czy konieczność?

Są tacy ludzie, którzy z jakiegoś sobie tylko znanego powodu (lans, snobizm?) nie przyznają się do robienia zakupów w Biedronce. Moim zdaniem trzeba mieć naprawdę konkretny powód, aby omijać ten, czy inny sklep szerokim łukiem, a nie kierować się jedynie tym, co ludzie powiedzą.


Kiedyś sama uważałam, że Biedronka to szczyt dziadostwa, ponieważ w czasach, kiedy ta sieć powstawała, rzeczywiście i obiektywnie można było tak o niej powiedzieć. Pamiętacie jak to wyglądało? Towar rzucony w kartonach na jakieś rusztowania, a nie na półki, sklepy ciasne, tłok nieziemski. Omijałam Biedronkę z daleka, a kiedy już zdarzyło mi się tam zajść, dostawałam nerwicy i miałam dosyć na długie miesiące. W końcu przestałam tam bywać na stałe. Zakupy robiłam w miejscowych sklepikach, głownie w sieci sklepów lokalnego bonza. Raz w miesiącu jeździliśmy do Jeleniej Góry do Tesco po zakupy hurtowe. Drogo to wszystko nam wypadało.

Pewnego dnia rozpętała się w mediach wokół Biedronki prawdziwa burza. Śledziłam tę sprawę z zainteresowaniem. Okazało się, że w Biedronce na porządku dziennym było łamanie praw pracowników. Nagonka, jaką na Biedronkę, całkiem słusznie, zrobiła stacja TVN mogła doprowadzić sieć albo do całkowitego bankructwa, albo do ogarnięcia się. Szczerze mówiąc, jako urodzona pesymistka, spodziewałam się hucznego i z fajerwerkami upadku, tymczasem życie kolejny raz zaskoczyło mnie na plus. Biedronka powstała niczym Feniks z popiołów. Nie zauważyłam tej ewolucji, ponieważ od dawna nie przekraczałam progu tego sklepu.

Pewnego dnia, w najbliższym nam miasteczku, wybudowano Biedronkę. Weszłam z ciekawości, bo już kilka lat nie widziałam od wewnątrz sklepu tej sieci i doznałam pozytywnego szoku. Sklep obszerny, towar na półkach, dziewczyny miłe i uśmiechnięte. Od znajomej, która dostała propozycję pracy w Biedronce na kasie, dowiedziałam się, że pracownicy mają bardzo korzystny socjal. Wyglądało na to, że Biedronka się ucywilizowała i ogarnęła po tym łomocie, jaki sprawiły jej media. Zaczęła być bardzo konkurencyjną dla innych sieci. I ja zatem zaczęłam tam bywać, ponieważ nagle okazało się, że Tesco nie ma mi już nic do zaoferowania zarówno jeśli chodzi o jakość towaru, jak i o ceny.

Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy to był fakt, że pod frazą wyprodukowano dla Biedronki kryją się niekiedy uznane marki. Towar ten był tańszy, niż w innych sklepach, ale jakością niewiele ustępował (jeśli w ogóle) markowym produktom. Nabywałam więc sery uznanych firm, a obecnie również i wędliny (jeśli muszę, bo zazwyczaj robię własne). Po to, co jest produktem przetworzonym nie sięgam przypadkowo. Mój wybór to wypadkowa marki, ceny, ale oczywiście na pierwszym miejscu jest smak. Dziś już mam kilka swoich ulubionych produktów, które mogę kupić tylko i wyłącznie w Biedronce. Niestety, niechlubną praktyką jest co pewien czas znikanie niektórych moich ulubionych produktów z asortymentu. To niby normalne, ale ja się przyzwyczajam do smaków.

Całe to zamieszanie dookoła Biedronki spowodowało nie tylko reorganizację tej sieci. Nagle okazało się, że Biedronka odciągnęła ludzi od innych marketów, które z kolei zmuszone były do zrobienia swojego rachunku sumienia. Wszystkim nam wyszło to na dobre.

Wiem, co powiecie. Markety z tańszą żywnością doprowadzają do upadku małe sklepiki osiedlowe. Cóż, takie są prawa rynku. Owszem, byłoby mi przykro, gdyby pani Ania z żelaźniaka, lub pan Rysiek z warzywnego poszli na bruk, ale ani pani Ania, ani tym bardziej pan Rysiek nie zapłacą naszych kredytów, czy długów. Nie chodzi o fakt, że nie zależy mi na losie nieszczęśnych małych sklepikarzy, lecz przede wszystkim zobowiązana jestem pilnować swojego portela.

Prócz kilku ulubionych produktów, dostępnych jedynie w Biedronce, kupuję tam najprostszą nieprzetworzoną żywność. Nie zwracam wtedy nawet uwagi na markę, kieruję się ceną. W mące bowiem ma znajdować się tylko i wyłacznie mąka, w cukrze cukier, w kaszy kasza, a mleko ma mieć tyle tłuszczu, ile oznaczono na pudełku.




Presja niektórych środowisk powoduje, że postrzega się kupujących w Biedronce jako biedaków, a to obniża samoocenę i powoduje różnego rodzaju frustracje. Cóż, wolę żyć bez długów czy kredytów robiąc zakupy w Biedronce, niż lansować się na bogacza z pustym portfelem. Swoją wartość znam i nie zwracam uwagi na to, co powiedzą ludzie. A za zaoszczędzone złotówki sprawię sobie jakąś małą przyjemność :-)

Mam takie marzenie, żeby móc pozwolić sobie kiedyś na kupowanie żywności, ubrań i innych rzeczy jedynie u lokalnych producentów. Niestety, w obecnej sytuacji w kraju jest to niemożliwe. Po pierwsze, system wykończył już większą część lokalnych producenów, posłał ich na bruk, a niszę po nich wypełniło śmieciowe jedzenie dostępne zarówno w markecie typu Biedronka, jak i w małych osiedlowych spożywczych sklepikach. Aby móc pozwolić sobie na tradycyjnie wytwarzaną żywności, z wszelkimi certyfikatami, trzeba być krezusem lub prowadzić samowystarczalne gospodarstwo, co również jest w dzisiejszych czasach utopią. Co z tego, że wyprodukujesz sobie sam żywność, uszyjesz ubrania, skoro trzeba zarobić pieniądze na podatki i opłaty? Nie ma po prostu na to czasu! 
Póki nie stać mnie na certyfikowaną, tradycyjnie wytwarzaną żywność, nie widzę problemu, aby w produkty podstawowe zaopatrywać się w Biedronce, a nie w sklepikach, które ten sam towar oferują mi po cenie o 1/3 wyższej. Jest to zarówno mój świadomy wybór, jak i konieczność w sytuacji, kiedy, dzięki polityce naszego państwa, nie mam możliwości bezpośrednio dotrzeć do baby z mlekiem, serem i jajami i do chłopa z ćwiartką śwniniaka. W okolicy, w której obecnie mieszkam, takich bab i takich chłopów już nie ma. 

niedziela, 1 września 2013

Zakupy w Bolesławcu oraz wyniki candy.

W zeszły weekend miałam ogromną, przyjemność kolejny już raz, odwiedzić jedno z ciekawszych miast naszego regionu- Bolesławiec. To miasto jest naszą dolnośląską perełką, z której możemy być dumni. Stanowi doskonały przykład tego, jak można rozwijać się dzięki marce. Do Bolesławca wpadłam na chwilę zwabiona dorocznym świętem ceramiki. Tym razem celem moim nie było jedynie ucieszenie oczu feerią barw, ale miałam też w planach małe zakupy.

Zakupiony przeze mnie ceramiczny litrowy pojemnik

Mój gust dotyczący ceramiki z czasem ewoluował. Jeszcze kilka lat temu uważałam, że ceramika bolesławiecka jest jak na mój mroczny, monochromatyczny gust zbyt kolorowa i zbyt krzykliwa. Na szczęście poglądy te zweryfikował czas.

Początki tradycji związanej z garncarstwem w okolicach Bolesławca sięgają XVII wieku. Chodzi tu oczywiście o tradycje, które kontynuowane są po dzień dzisiejszy, w pradziejach bowiem każda rodzina posiadała umiejętność  tworzenia naczyń glinianych na własny użytek. Ceramika bolesławiecka jest wyjątkowa ze względu na swoją tradycyjną kolorystykę oraz motyw stempelka. Nie ma takiej drugiej na świecie. Współczesna kompozycja barwy i motywów zawsze, mniej lub bardziej nawiązuje do tradycji. Mnie osobiście urzeka najbardziej kobaltowy odcień niebieskiego koloru. Soli kobaltu (błękit i zieleń kobaltowa) używa się od początku XVIII wieku jako barwników do zdobienia ceramiki i malowania obrazów. Najciekawsze w tym wszystkim to, że kobalt wydobywany był w naszej najbliższej okolicy. Kopalnie kruszców funkcjonowały w okolicach Gór Izerskich już od XV-XVI wieku. Początkowo kobalt nie wzbudzał zainteresowania. Nazywany był też pogardliwie fałszywym żelazem z uwagi na swój srebrzysty, metaliczny kolor. Dopiero ponownie odkryte na przełomie XVII/XVII wieku sole kobaltu zmieszane z cynkiem (również pozyskiwanym w niedalekich kopalniach) pozwoliły na wykorzystanie tego pierwiastka do celów artystycznych. Napisałam „ponownie odkryte” gdyż już w czasach Celtów, których osiągnięcia cywilizacyjne zostały zapomniane na kilkaset lat, wytwarzano piękne ozdobne szklane bransolety o intensywnym niebieskim kolorze, barwione właśnie solami kobaltu.

Fragment bransolety celtyckiej ze szkła kobaltowego. 


Wróćmy jednak do dnia dzisiejszego. Z Bolesławca przywiozłam litrowy pojemnik, który zakupiłam, aby trzymać w nim sól, a Chłop wybrał sobie śliczny półlitrowy kubek, na którym przedstawiono sikorkę. Zdradzę Wam tajemnicę, że Chłop uwielbia wszelkie ptactwo. Trudno było się zatem oprzeć temu motywowi :-)


Ceramika bolesławiecka, ta oryginalna (zdarzyło mi się kupić we Wrocławiu tanią, lichą podróbkę), o wysokiej jakości i staranności wykonania jest droga. Cena jednak jest uwiarygodniona jakością. Każde naczynie robi się i zdobi ręcznie.  Przedmioty są numerowane a na denkach widnieje nazwisko artysty. Naczynia te maja wartość nie tylko użytkową ale i kolekcjonerską.


Jestem osobą, która bardzo liczy się z wydatkami, ponieważ mamy skromne dochody. Dojrzałam jednak do tego, aby cenić jakość i docenić polską, dobrą markę. Jeśli przyjdzie mi się wyprowadzić z miejsca, które obecnie zamieszkujemy, nie wyjadę bez bolesławieckiego garnituru do kawy, a może i serwisu obiadowego.

Kolejny raz wykorzystałam ceramikę bolesławiecką na potrzeby candy. Do ślicznego, nowo nabytego kubka wsadziłam karteczki z osobami, które zgłosiły chęć uczestnictwa w mojej rozdawajcie. Pomieszałam i wylosowałam:



Zatem "cukiereczki" pojadą do Kasi ;-) 
Serdecznie dziękuję wszystkim uczestnikom za wzięcie udziału w mojej zabawie, a Kasi gratuluję i czekam na maila na adres do wysyłki.



poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Pirograf z Lidla i candy ogniem malowane.

Ostatnio w komentarzach padło przypuszczenie, żartem oczywiście, że może Lidl mi płaci za wystawianie pochlebnych recenzji o produktach nabywanych w tym sklepie. No, niestety, Lidl mi nie płaci, a i ja, po fatalnie zakończonym eksperymencie, związanym z próbą zarabiania drobnych pieniędzy dzięki blogowaniu, raz na zawsze obiecałam sobie nie zarabiać na reklamach, ani więcej nie dawać okazji żadnym szemranym typkom do zarabiania pieniędzy na moich artykułach.
Jak to zwykł był mawiać Chłop: „lepiej z mądrym piechotą, niż z głupim toyotą” :-)

Dziś zatem, aby uniknąć dalszych spekulacji co do tajemniczych powiązań mojej osoby z siecią sklepów Lidl, opowiem o produkcie, który nie spełnił moich oczekiwań i był typową zakupową wpadką.


Pirografią zajmuję się od kilku lat. Pisałam o tym na samym początku mojej przygody z blogowaniem tutaj. Nie jest to jakaś wielka sztuka, a raczej rzemiosło, do którego trzeba mieć serce, trochę czasu i odpowiedni sprzęt. Talent nie jest wymagany. No może w minimalnym stopniu się przydaje.

Kiedy zobaczyłam po raz pierwszy odgrzebany przez Chłopa w zakamarkach garażu pirograf produkcji radzieckiej, miałam mieszane uczucia. Był toporny, jak cały PRL. Byłam pewna, że zanim się nauczę nim robić cokolwiek, zniechęcę się i z obrazków „ogniem malowanych” zostaną jedynie niezrealizowane projekty. 


Ku mojemu zaskoczeniu, błyskawicznie załapałam, o co w tym wszystkim chodzi. Ręka sprawnie poruszała się po deseczkach, również tych wymagających- z drzew iglastych. Obrazki powstawały szybko jeden za drugim sprawiając mi ogromną radość.

Toporność sprzętu nie sprawiała problemów. Jedną końcówką, w kształcie paraboli, mogłam wyczarować różne wzory i różnej grubości kreski.

Pewnego razu usłyszałam, że w Lidlu „rzucają” co jakiś czas pirografy. O, pomyślałam sobie, pewnie jest to nowoczesna wersja radzieckiego pirografu i zapragnęłam go mieć. Zdobycie sprzętu nie było łatwe. Nie śledzę na bieżąco lidlowskich nowinek, zatem o „rzucaniu” sprzętu, jeśli nie zobaczę przypadkiem w telewizji lub ktoś mnie o tym nie poinformuje, dowiaduję się zazwyczaj po czasie. Przez pewien czas śledziłam ogłoszenia na allegro, ale ku mojemu zdumieniu, pojawiające się tam pirografy z Lidla kosztowały około 100 zł, podczas gdy cena w sklepie wynosiła 39 zł. To dodatkowo utwierdziło mnie w przekonaniu, że to dobry zakup i muszę koniecznie go mieć. Urzekła mnie ta mnogość różnorodnych końcówek dająca ponoć nieograniczone możliwości cieniowania i tworzenia wzorów.

Tak też właśnie po czasie dowiedziałam się o tym, że dzień wcześniej- w niedzielę- były w Lidlu upragnione przeze mnie pirografy. Niewiele myśląc, ruszyłam w poniedziałek z samego rana do naszego pobliskiego Lidla. Niestety, towar już został wymieniony na nowy i nigdzie nie znalazłam szukanego produktu. Postanowiłam jednak, że się nie poddam. Zaczepiłam pracowniczkę sklepu i zapytałam, czy przypadkiem nie został im od wczoraj jakiś egzemplarz pirografu na magazynie. Trochę to trwało, ponieważ pani pracująca nie rozumiała słowa „pirograf”, jednak po dwukrotnej wizycie na zapleczu i upewnieniu się, co do przeznaczenia maszynki, przyniosła mi upragniony produkt. Byłam w siódmym niebie. Natychmiast przystąpiłam do testowania maszyny.


Już pierwsze wrażenie było kiepskie. Po uważnym wybraniu końcówki i jej zamocowaniu podłączyłam pirograf do prądu i czekałam, czekałam, czekałam… Nie mogłam się doczekać, aż pirograf się rozgrzeje na tyle, by „malowane ogniem” obrazy wyglądały zgodnie z moimi standardami. Wydawało mi się, że standardy nie mam zawyżone, ponieważ wyznaczał je siermiężny, radzieckiej produkcji pirograf, który rozgrzewał się w 10 (słownie i dosłownie: dziesięć!) sekund. Czekałam tak 5 minut modląc się nad lidlowskim pirografem, ręka mnie swędziała, aby zacząć wreszcie rysunek, a tu brzydko mówiąc- dupa! Gdy w końcu się rozgrzał, obrazek wydał mi się jakiś taki niemrawy. 


No dobrze, pomyślałam sobie, może to wina końcówki, źle może ją dobrałam, spróbujemy z inną. No tak, ale jak teraz wykręcić rozgrzaną do czerwoności końcówkę? Zatem znów czekałam, czekałam, czekałam… Myślałam, że będę czekać najwyżej tyle samo, ile czekałam na rozgrzanie się sprzętu, ale się pomyliłam. Czekałam dłużej i być może czekałabym do tej pory, gdyby nie to, że się zdenerwowałam, wzięłam szmatę i wykręciłam przez nią gorącą końcówkę. Drugi raz starannie wybrałam końcówkę, wkręciłam ją i znów zaczęłam czekać, aż się rozgrzeje. Tym razem poszłam zrobić sobie herbatę, aby czas oczekiwania szybciej zleciał. Namalowałam obrazek, spociłam się przy tym, jak ruda mysz przyciskając końcówkę do deseczki, ponieważ wciąż wydawało mi się, że temperatura jest zbyt niska. Obrazek znowu wyszedł niemrawy. 


Przeraziłam się, że wyszłam z wprawy. Wyciągnęłam zatem siermiężny pirograf produkcji radzieckiej i stworzyłam podobny do pierwszego obrazek i coś jeszcze.


Jak widać, wyszło całkiem nieźle, zatem z czystym sumieniem mogę winę za nieudane próby zrzucić na pirograf z Lidla, a nie na swoją amnezję.

Pirograf z Lidla, jak już ostygł, co znów trwało wieki, wrzuciłam na dno szuflady. Niech czeka lepszych czasów, bo może przyda się jeszcze do czegoś innego (podobno skórę można też zdobić wypalaniem, masę papierowa oraz wosk).

Reasumując: Pirograf z Lidla jest gadżetem, którego używanie wiąże się ze stratą czasu i frustracją co do efektu końcowego. Być może, po spędzeniu na ćwiczeniach więcej czasu, można przy jego pomocy wyczarować coś więcej, niż moje nędzne dzieła. Ja nie mam takiej potrzeby, ponieważ radziecki pirogragf daje mi to wszystko, czego oczekuję. Chciałam czegoś więcej, ale się przeliczyłam.

Pirograf z Lidla nie rozgrzewa się do takiej temperatury, jak radziecki. Ten ostatni wchodzi w drewno, jak w masło, podczas gdy lidlowskim trzeba nieźle naciskać, by uzyskać wzór. Radziecki pirograf błyskawicznie się rozgrzewa (ma w dodatku regulowaną temperaturę nagrzewania się końcówki) i nie trzeba czekać, aż ostygnie, ponieważ końcówka nie jest wymienialna. Po zakończonej pracy odkładam sprzęt i zajmuję się czymś innym, a on stygnie.

Ma jedną złą i jedną dobrą wiadomość.

Mam złą wiadomość dla tych, którym spodobało się „malowanie ogniem”. Radzieckie pirografy są raczej chyba nie do zdobycia. Pozostaje Wam zapomnieć o moich doświadczeniach i tej recenzji i oswoić pirograf z Lidla.

Mam dobrą wiadomość dla tych, którym spodobały się moje podstawki pod kubeczki z motywem konia lub różanym sercem. Są do wzięcia w candy. Przedmiotem candy jest komplet dwóch podstawek ze wzorem, który wybierze sobie zwycięzca. 


wzór róże

wzór koń

Warunkiem, który trzeba spełnić, jest dołączenie do obserwatorów tego bloga oraz wklejenie banerka z informacją o candy na swoim blogu.


Jeśli ktoś nie umie wkleić banerka, może być sam link do tego wpisu na blogu. Trzeba też oczywiście zadeklarować chęć wzięcia udziału w candy w komentarzu, i napisać, który wzór uczestnik candy wybierze, jeśli zostanie zwycięzcą.

Instrukcja do wkładania banerka na blogroll:

ściągnąć powyższe zdjęcie na swój dysk (spod prawego klawisza: zapisz grafikę jako..)
Na bloggerze wejść w: Projekt
Po lewej stronie wybrać: Układ
Kliknąć: dodaj gadżet
Wybrać: Zdjęcie
Załadować poprzez: wybierz plik zdjęcie z dysku. W miejscu na link wstawić link do tego candy. Tytuł i podpis według uznania.

Zapisy na candy trwają do 31 sierpnia, 1 września poznamy zwycięzcę.
Wysyłam podstawki również za granicę.
Serdecznie zapraszam do zabawy :-)


środa, 7 sierpnia 2013

Mąka żytnia



Dojrzałam wreszcie do tego, aby zrobić chleb na zakwasie. Od lat kiszę płatki owsiane na żur, nie wiem czemu do tej pory opierałam się, by postawić zakwas. A może przyczyna tkwi w tym, że mieszkając na wsi nie mam po prostu dostępu do mąki żytniej? Wiem, że można zakisić mąkę pszenną, mogłabym też spróbować zrobić zakwas z płatków owsianych, choć nigdzie nie wyczytałam, aby ktoś coś takiego robił (ja wkrótce zrobię!), ale mnie marzył się taki prawdziwy, razowy chleb na mące żytniej.


Niegdyś, podczas pobytu we Wrocławiu, mama położyła przede mną kilo żytniej mąki i rzekła, że mam jej następnym razem przywieźć domowy chleb. Natchnęła mnie tym samym, abym postawiła wreszcie ten zakwas. Chleb miał taki smak, jaki moja mama pamięta z dzieciństwa.




Sytuacja ta skłoniła mnie do przemyśleń na temat współczesnych czasów. Nie jestem przeciwko rozwijającej się cywilizacji, wręcz przeciwnie, radośnie korzystam z jej dobrodziejstw. Nie wiem natomiast, komu przeszkadzało to, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu w każdej wsi był młyn i gospodarz sam mógł własne zboże zawieźć do zmielenia. Od tego gospodarza, lub w samym młynie, mąkę można było nabyć, jeśli ktoś własnego zboża nie miał.

W mojej okolicy próżno szukać młynów. Wykończyła je sytuacja ekonomiczna i trend w gospodarce, który spowodował, że dziś tak trudno jest dostać zdrową, lokalną żywność. Nie rozwodząc się nad tym szczegółowo, bo już była o tym mowa, doszło do tego, że aby nabyć mąkę żytnią muszę jechać do dużego miasta- do hipermarketu Tesco, bo w małych lokalnych sklepach takiego cudu i fanaberii po prostu nie mają. Jak już trafię do owego miasta to okazuje się, że mąka pochodzi z drugiego końca Polski- z Gdańskich Młynów. Cóż… pozostaje mi jedynie ucieszyć się, że przynajmniej młyny są historyczne i nawiązują do pięknych czasów, kiedy Polska stanowiła spichlerz Europy.


I tak, mieszkając na jednej z bardziej głuchych i schowanych od cywilizacji wsi, aby upiec domowy, wiejski chleb muszę jechać 150 km do miasta, by nabyć mąkę, która przebyła wcześniej 500 km, zanim trafiła do sprzedaży. I wiecie co? I tak się cieszę, że nie przybyła z Chin :-)

Alternatywą do sprowadzania mąki z miasta jest zamówienie jej dostawy do domu. Brałam to pod uwagę, ale kilo mąki kosztuje 2,30 zł, natomiast jej transport 16 zł. Nawet jeśli zamówię 10 kilo, to dodając do tego 16 zł, wyjdzie mi niemal dwukrotnie drożej! Żeby mi się opłacało, musiałabym otworzyć piekarnię i kupować ilości hurtowe. Zatem póki co, przy okazji wizyt w mieście, przywożę sobie po kilogramie czy dwa mąki żytniej, z której robię zakwas. Razowy chleb na zakwasie piekę z mieszanki mąki pszennej i żytniej (w proporcji 200 g mąki żytniej i 300 g mąki pszennej).

Reasumując: Mieszkając w mieście, w dzisiejszych czasach łatwiej jest upiec domowy, wiejski chleb, jaki być może pamiętacie z czasów dzieciństwa, niż mieszkając na wsi.

I jeszcze poświęcę akapit na temat oznaczeń mąki. Zawsze mnie uczono w domu, że ta najbardziej wartościowa, z której powstają najlepsze wypieki, ma mniejszą liczbę. Wszystko jednak zależy od tego, co kto uważa za wartość. Liczba oznacza stopień przemiału ziarna, a co za tym idzie, ilość substancji mineralnych. Mąka tortowa 450 oznacza, że jest ona najbardziej oczyszczona z warstw zewnętrznych. Jest najbardziej bogata w skrobię, dzięki czemu bardzo łatwo przyswajalna (idzie w bioderka :) i tym samym lekkostrawna. Mąka żytnia -ta z pełnego przemiału, jest bardziej od pszennej sycąca, ponieważ zawiera więcej błonnika. Im wyższy numer, tym więcej błonnika i substancji mineralnych.
Mąka żytnia, z której zrobiłam zakwas i z dodatkiem której piekę chleb razowy, ma numer 2000. Oznacza to 2% substancji mineralnych. Produkt taki jest zdrowszy, sprzyja diecie, ponieważ szybciej syci, ale przez to jest bardziej ciężkostrawny. Dłużej zalega w żołądku i dłużej się go trawi.

Całkiem spory procent ludzi cierpi na celiakię – nietolerancję glutenu. Takie osoby nie mogą korzystać z mąki pszennej, czy żytniej. Nie znaczy to, że nie mogą spożywać chleba na zakwasie. Zaleca się dla nich mąkę ryżową,  ziemniaczaną, gryczaną, kukurydzianą. Zakwas można zrobić z mąki ryżowej lub gryczanej. Do pieczenia chleba bezglutenowego można kupić gotową mieszankę. Maszyny do pieczenia chleba mają program dla pieczywa bezglutenowego. 

Naprawdę i szczerze polecam maszynę z Lidla. Mam ją od pół roku, używam różnych programów, stanowi dla mnie prawdziwą pomoc. Uruchamianie mojego pieca chlebowego to dosyć skomplikowany rytuał i trzeba mieć na niego czas, a teraz, kiedy w moim Muzeum trwa remont- jest to niemożliwe.  Nie znaczy to, że zrezygnuję z domowego, smacznego i zdrowego pieczywa i to w dodatku na tradycyjnym zakwasie.

Mój ulubiony chleb na zakwasie jest bardzo prosty, ponieważ już nie raz przekonałam się, że im prościej, tym lepiej :-) Do maszyny daję pół szklanki zakwasu, około 200 ml wody (zależy, jak gesty jest zakwas) ze szczyptą drożdży. Wsypuję 250 gr mąki żytniej i tyle samo pszennej. Dodaję łyżeczkę soli i jeszcze tak troszkę, bo lubię sól :-) Mieszankę tę aromatyzuję ziołami, które mam pod ręką- szczyptą czosnku niedźwiedziego lub bazylią. Włączam program na chleb razowy i po 3,5 h mam pyszny chlebek :-)

wtorek, 6 sierpnia 2013

Maszyna do chleba z Lidla


 Wciąż narzekamy na jakość i ceny pieczywa sklepowego i niestety, nie bez przyczyny. Wydaje się, że nie ma nic łatwiejszego, jak zmieszać mąkę, sól i drożdże z wodą. Rzeczywiście, nie ma nic łatwiejszego, ale nie dla współczesnych piekarni. Prócz tych składników pojawiają się obecnie w chlebie różnego rodzaju polepszacze, spulchniacze i tajemnicze substancje konserwujące. Mają one na celu „podrasować” głównie wygląd pieczywa, niekoniecznie już smak. Kto pamięta smak ciepłego chleba prosto z piekarni „za komuny” ten wie, o czym ja tu piszę. Być może niektórym to nie przeszkadza, ale ja już nie jestem w stanie jeść pieczywa sklepowego. Smakuje, jak trociny, a na drugi dzień jest po po prostu obrzydliwe. Nie trzeba od razu mieć pieca chlebowego w domu, choć to nie jest głupi pomysł, jak ktoś ma warunki. Rozwiązaniem jest maszyna do robienia chleba, która znakomicie sprawdza się nawet w najmniejszym mieszkaniu.  Chleb można upiec również w piekarniku, wcześniej wyrabiając go ręcznie, ale tego sposobu nie polecam zapracowanym i zmęczonym czytelnikom. Sama nie lubię mięsić ciasta i to był właśnie powód nabycia maszyny do robienia chleba.

Na początku, a maszyna jest już ze mną 4 lata, nie rozumiałam zasady jej działania :-) Jak to, wlewam wodę, wsypuję mąkę, drożdże i przyprawy, naciskam guzik i za 3 godziny, bez żadnej obsługi, wyjmuję gotowy chleb? :-) Dokładnie tak to działa i nikt już nie może posłużyć się wymówką, że nie ma czasu na pieczenie domowego chleba. Wsypanie produktów do maszyny zajmuje początkującym 3 minuty czasu, rutyniarzom 1 minutę. Chleb jest świeży przez kilka kolejnych dni, (pod warunkiem, że doczeka :) bez żadnych ulepszaczy. I bardzo ładnie wygląda!

Nie polecę Wam żadnej konkretnej firmy, bo przetestowałam tylko swoją maszynę- Severin. Rozchwierutała mi się po intensywnym użytkowaniu po 3 latach. Po przeczytaniu pochlebnych recenzji użytkowników maszyn z Lidla, zdecydowałam się na zakup następnej z tego źródła. Maszynę można nabyć już od 200 zł i jest to rozsądny wydatek. Koszt wyprodukowania domowego chleba, nawet z poborem prądu przez maszynę, jest niższy niż chleba kupionego w sklepie. Własny chleb jest smaczny, zdrowy i możesz sobie tworzyć dowolne kompozycje i mieszać składniki. Nie polecam gotowych mieszanek, gdyż prócz różnego rodzaju mąk, w torebce można natknąć się na konserwanty i ulepszacze. Gotowe mieszanki podrażają koszt wyprodukowania domowego chleba. Lepiej kupić różne rodzaje czystych mąk i sobie samemu je mieszać.


Maszynę z Lidla użytkuję już ponad pół roku i jestem z niej bardzo zadowolona. Ma 12 programów, w tym wypieki bezglutenowe i konfitury. Można ukręcić w niej ciasto na makaron i pierogi. Dla mnie jest to szczególnie ważne, ponieważ nie cierpię mięsić ciasta, ani nawet dotykać go gołymi rękami. Nawet przyrządzając ciasto do pieca chlebowego, korzystam z maszyny, aby zmieszała składniki.

Przepisy na chleb z maszyny są w internecie rozpowszechnione, dostępne są również opinie na temat wyboru firm produkujących takie maszyny. Jeśli temat kogoś zainteresuje i będzie miał niedosyt, wrócę kiedyś do tego zagadnienia.

Obecnie, na fali entuzjazmu maszyną do robienia chleba, oczekuję na skonstruowanie takiej maszyny, do której z jednej strony będzie wchodziła świnia, a drugą stroną wyjdą gotowe domowe kiełbasy. Najlepiej, aby były od razu uwędzone :-)




czwartek, 1 sierpnia 2013

Ręcznik-turban kontra różowy koń z Almi Decor.

-Jest coś, co koniecznie musisz mieć!- powiedziała moja siostra ciągnąc mnie za rękaw w kierunku drzwi.

Znajdowałyśmy się we wrocławskiej Renomie (kiedyś Pedet, jeśli ktoś nie był dawno we Wrocławiu) w sklepie Almi Decor. Osłupiałym wzrokiem wpatrywałam się tam w naturalnej wielkości różowego konia. 
Czemu w ogóle tam trafiłam? Godzinę wcześniej wysłuchałam wykładu dotyczącego przemytu dzieł sztuki, gdzie dowiedziałam się, że niegdyś celnicy rekwirowali wiele przedmiotów z Almi Decor biorąc je za zabytki. Bardzo mnie to zaciekawiło. Weszłam zatem do jednego z tych sklepów, by rzucić okiem na owe „dzieła sztuki”. Już na samym wstępie natknęłam się na różowego konia-podkreślę to jeszcze raz- naturalnej wielkości i z wrażenia nie byłam w stanie zrobić kroku dalej...
Wydaje mi się, że moja siostra mówiła coś o jakichś ręcznikach. Ja jednak w tym czasie, w myślach, byłam w trakcie przemytu przez granicę różowego konia, w dodatku naturalnej wielkości.

Kiedy wreszcie siostra wywlekła mnie z Almi Decor, powoli wróciła mi przytomność umysłu. Udałyśmy się do niewielkiego sklepu z ręcznikami i pościelą. Tam został mi zaprezentowany pewien dziwny ręcznik w kształcie pieroga, który ponoć miał odmienić moje życie. „Nie wyobrażam sobie już życia bez niego”- rzekła moja siostra i to miało mnie przekonać.


Byłam sceptycznie nastawiona do tego produktu. Mam długie włosy, które jak uważałam, nie zmieszczą się w te kształty i formę. Przekonała mnie opinia ekspedientki, która również dysponowała długimi włosami i uważała, że ręcznik-turban spokojnie sobie z nimi daje radę.
Główną jego zaletą, jak podkreślały obie użytkowniczki, jest lekkość i wygoda. Duży ręcznik, który normalnie stosowałam po myciu głowy, rzeczywiście obciążał włosy, ale też tym samym nie dawał o sobie zapomnieć. Już w domu miałam zrozumieć, dlaczego ekspedientka podkreśliła- tylko proszę nie trzymać go zbyt długo na mokrych włosach.  O lekkiej formie, ledwo wyczuwalnej na głowie po prostu można zapomnieć i zaparzyć włosy.

Na rynku dostępne są turbany- ręczniki z różnych materiałów. Najtańsze, z mikrofibry, kosztują nawet poniżej 5 zł na allegro. Nie wiem, jak się je nosi, jakie są ich wady i zalety. Mój ręcznik jest z bawełny z dodatkiem 30-tu procent włókna bambusowego. Kosztował 39 zł. W internecie dostępne są również turbany z samego włókna bambusowego, ich koszt to również około 40 zł.

Na temat włókna bambusowego dużo się teraz pisze. Mamy do czynienia z trendem związanym z szeroko pojętą ekologią, zatem wszystko, co da się podciągnąć pod „eko” dobrze się sprzedaje. Oczywiście, należy być bardzo ostrożnym i nie podchodzić do tego typu rewelacji bezkrytycznie, ponieważ producenci, starając się sprzedać produkt, robią „eko” z wszystkiego. Słyszałam różne opinie o bambusowym włóknie, że jest antybakteryjne, antygrzybiczne, etc. Nie mam pojęcia, czy tak jest w rzeczywistości, ponieważ tej informacji nie udało mi się zweryfikować. Jedyna rzecz, do jakiej dotarłam, to proces pozyskiwania miękkiego włókna z bambusowej celulozy.

Bambus to roślina mocno ekspansywna. Rośnie bardzo szybko, zatem na etapie wzrostu i zbiorów nie są potrzebne żadne pestycydy czy nawozy. Rzeczywiście, wydaje się, że pod tym względem jest to produkt ekologiczny. Niestety, pozyskanie miękkiej wiskozy z twardej celulozy bambusowej wymaga zastosowania ogromnej ilości chemii. Wtedy już trudno mówić o produkcie „eko”.

Wracając do samego ręcznika. Włókno bambusowe zapewnia ponoć 60% więcej absorbcji wody. Prócz nieweryfikowalnych zalet, opisywanych przez producenta, odnośnie działania antybakteryjnego, czy przeciwgrzybiczego, włókno ma pochłaniać wszelkie zapachy (w domyśle, jak rozumiem, nieprzyjemne, np. z farbowania włosów).


Moja subiektywna ocena, opublikowana na niegdyś świetnym blogu Korzystne Zakupy, z którego zostałam, dzięki paskudnej intrydze, brutalnie wykopana (dlatego tutaj zamieszczam swoje tamtejsze archiwalne wpisy) była następująca: Mam długie włosy i jednak nie do końca mieszczą się w owym turbanie. Zanim założę na głowę turban, muszę użyć ręcznika, aby włosy osuszyć w celu zmniejszenia ich objętości. Tym samym spędzam wisząc głową w dół nad wanną minutę dłużej, niż kiedy zawijałam włosy w ręcznik. Minuta, to może nie jest zbyt wiele, ale powiedzcie to mojemu kręgosłupowi. Niewątpliwą zaletą jest lekkość na głowie, choć czasem bywa, że turban się obsuwa pod ciężarem moich włosów i ruszania głową. W skali 1-5 oceniam ten produkt dla siebie na 4.
Dziś, a minęło od zakupu 3/4 roku, uważam produkt za udany. Ręcznik rzeczywiście jest lekki i bardzo dobrze wchłania wodę. Podoba mi się to, że teraz, gorącym latem, bezpośrednio po umyciu głowy, mogę zawinąć włosy w lekki turban i przejść się na spacer z psem. Nie mogłam tego zrobić w zwykłym ręczniku, bo ten po kilku krokach spadał mi z głowy.

Ręcznik, który wybrałam jest w kolorze czarnym, ponieważ nie wiedziałam, czy przypadkiem nie będę go używać do farbowania włosów. Jego kolor nie ma tu jednak znaczenia, gdyż natychmiast, kiedy po niego sięgam, oczyma wyobraźni widzę… różowego konia z Almi Decor. Naturalnej wielkości :-)

:-)

niedziela, 28 lipca 2013

Johnny Depp. Sekretne życie –subiektywna recenzja książki.

Jestem osobą, która raczej nie interesuje się życiem różnego rodzaju i blasku gwiazd. Nie obchodzi mnie kto z kim i dlaczego. Nie czytam plotkarskich kolorowych czasopism, czasem mam też wrażenie, że jestem jedyną kobietą, która nigdy nie otwarła na komputerze Pudelka, czy innego tego typu portalu. 

Nie znaczy to, że żyję poza pop-kulturą, o nie! Moją pasją jest muzyka i to nie tylko jej odbiór, ale również kulisy jej powstawania. Jeśli tylko wpadnie mi w ręce jakaś książka dotycząca monografii rockowego zespołu lub jakiś leksykon, muszę to przeczytać, a nawet mieć na własność. Film mnie już tak nie fascynuje, ale… 
no właśnie :-) Niektóre filmy są dla mnie bardzo ważne. Wracam do nich, aby przeżyć prywatny katharsis, inne natomiast rozśmieszają mnie do łez. Filmami z pierwszej mojej kategorii, czyli takimi, których treść, jeśli ktoś zrozumie przesłanie, potrząsa widzem, jest Arizona Dream Emira Kusturicy oraz Czekolada w reżyserii Lasse Halstroma, rozśmiesza mnie natomiast wariacki obraz Terry’ego Gilliama Las Vegas Parano. Tak się jakoś złożyło, że we wszystkich tych filmach występuje Johnny Depp. Co więcej, jest bardzo odczuwalne, że bez jego kreacji te filmy nie byłyby tak dobre. Jest jeszcze kilka produkcji z Deppem, które lubię (Z piekła rodem, Dziewiąte wrota), ale są i takie, które osobiście, niezależnie od zdania krytyków, uważam za kiepskie (Don Juan de Marco, Pewnego razu w Meksyku: Desperado 2). Łączy je jednak jedno- postaci, które gra Depp są absolutnie nietuzinkowe i perfekcyjnie zagrane.

Na przestrzeni lat, szczególnie w latach 90-tych, dochodziły do mnie sprzeczne informacje na temat postaci Deppa. Powszechnie mówiło się o nim, jako o złym chłopaku z Hollywood (demolka hotelu, narkotyki, bijatyka z paparazzi). Odkąd pojawił się serwis youtube, kilka razy zdarzyło mi się odszukać i obejrzeć wywiady z tym aktorem.  To, co widziałam, było kompletnie niespójne z tym, co twierdziła tak zwana opinia publiczna. Nie spędzało mi to jednak snu z powiek.

Okazja do uporządkowania sobie informacji na temat Johnny’ego Deppa i wyrobieniu sobie na potrzeby prywatne opinii o nim, pojawiła się, zobaczyłam w księgarni książkę Johnny Depp. Sekretne życie -Nigel Goodall. Oczywiście, nie spodziewałam się żadnych sekretów, ale możliwość zdobycia wiedzy na temat kulis powstawania moich ulubionych filmów oraz wyjaśnienia pewnych zagadnień z życia aktora, spowodowała lekkie emocje. Sięgając po książkę, chyba drżącą ręką, narobiłam zamieszania w sklepie strącając stojące obok woluminy na podłogę. Pięć minut później wyszłam ze sklepu dzierżąc biografię i jeszcze tego samego wieczoru oddałam się lekturze.

Książka ma prawie 500 stron, ale jest tak wciągająca, że można przeczytać ją w dwa-trzy wieczory. Oczywiście, jak ktoś się uprze, to i w jeden. Ja jednak takie książki smakuję, jak cukierki. Rozłożyłam sobie przyjemność na kilka wieczorów.

Jak każda porządna biografia, książka rozpoczyna się od okresu dzieciństwa, który determinuje osobowość przyszłego dorosłego człowieka. Na małego Johnny’ego ogromny wpływ miał dziadek, czystej krwi Indianin, który rozbudził w dziecku specyficzny typ wyobraźni. Destrukcyjny wpływ na zachowanie młodego Deppa miał rozwód rodziców oraz liczne przeprowadzki, które zaburzyły mu poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. Z jednej strony dowiadujemy się o kłopotach w szkole i eksperymentach z narkotykami, z drugiej i ja zwróciłam na to większą uwagę, podziwiamy determinację, z jaką Johnny sam uczył się grać na gitarze, aby w pewnym momencie swojego życia, jeszcze jako niepełnoletni chłopak, znaleźć się na scenie obok samego Iggy Poppa. Mało brakowało, a Johnny stałby się  gwiazdą rocka. Nie to jednak było mu pisane.



Od tej chwili, czytając dalej tę książkę, odniosłam wrażenie, że istnieje jednak coś takiego jak przeznaczenie i że ludzkie losy są z góry zdeterminowane przez jakieś wyższe siły. Jak bowiem nazwać to zjawisko, kiedy przyszła gwiazda filmu lawiruje, aby omijać z daleka udział w wielkich filmowych produkcjach, a mimo wszystko dla wielu (w tym bezsprzecznie dla mnie) jest najlepszym aktorem swojego pokolenia?

Mimo podtytułu „sekretne życie” w biografii znajdziemy przede wszystkim to, co mnie interesuje najbardziej, czyli szczegóły techniczne oraz kulisy powstawania filmów. Jakimi kryteriami kieruje się aktor i w jaki sposób przygotowuje się do roli? 
Wiedziałam już wcześniej z wywiadów, że Depp ma ogromy dystans do samego siebie, czuje się też ze sobą na tyle dobrze, że nie obawia się o swój wizerunek i przyczepienie mu jakiejś „ łatki”. Bez problemu pozwala się oszpecić na potrzeby granych przez siebie postaci. Nie stroni od ról dziwaków i świrów mimo, że takie kreacje mogą zaszufladkować aktora w opinii publicznej i opinii producentów. Depp wybiera jedynie role, które mu się podobają i których charakter „czuje”, a nie takie, które przyniosą mu worki pieniędzy. Robi to jednak tak perfekcyjnie i z takim zaangażowaniem, że zarówno sława, jak i pieniądze przychodzą same.

Bardzo lubię film Las Vegas Parano. Ta cała degrengolada i dekadentyzm zawarty w treści bezustannie mnie rozśmieszają. Mam małą radę dla tych, którzy jeszcze filmu nie widzieli, a ta recenzja spowoduje, że zechcą po niego sięgnąć. Ten film trzeba obejrzeć na trzeźwo! Już po kilku pierwszych minutach, człowiek trzeźwy zalicza odjazd i czuje się, jakby był na wielkim haju, niemniej jednak kontroluje akcję filmu. Kiedy pierwszy raz oglądałam film z kieliszkiem wina w ręce, tak odjechałam, że pogubiłam się w pierwszych trzydziestu minutach. Ten film potęguje działanie nawet kropli alkoholu i jest to fenomen, z jakim jeszcze nigdy się nie spotkałam :-)

Równie dobrze, jak film, ubawił mnie opis dotyczący tego, jak aktor przygotowywał się do odgrywanej roli. Okazało się bowiem, że dokładnie skopiował swojego bohatera- ekscentrycznego dziennikarza Huntera S.Thompsona. W tym celu zamieszkał z nim w jego domu w Aspen. Szczerze mówiąc nie spodziewałam się, że tak groteskowa postać istnieje naprawdę! Poplątany chód i pogięty pet w ustach to wierny obraz prawdziwej osoby, którą na czas kręcenia filmu stał się Depp.


Nie sposób opisać tu kulisów produkcji wszystkich filmów (to znajdziecie w książce), nie można jednak pominąć kultowej postaci pirata, w jaką wcielił się Depp- kapitana Jacka Sparrowa. Byłam bardzo ciekawa, na ile wizerunek, powalający na łopatki istoty od lat pięciu do stu pięciu, jest narzucony przez scenarzystę, a na ile jest to własna interpretacja aktora. Ze zdumieniem przeczytałam, że za image pirata jest w stu procentach odpowiedzialny sam Johnny Depp. Zadziwiona jestem też faktem, że przy okazji tej roli, skończyło się TYLKO na nominacji do Oskara.


Autor biografii skupia się przede wszystkim na życiu zawodowym aktora- wyborze i przygotowaniach do granych ról oraz na uzasadnieniu decyzji Deppa. Życie prywatne gwiazdy filmu jest tam ograniczone do niezbędnego minimum. Nie ma plotek, domysłów, a jedynie cytaty obrazujące stosunek Deppa do swoich związków z kobietami- również osobami publicznymi-aktorkami i modelkami.

Smakując treść książki, niczym słodki cukierek, okazało się, że wypowiedzi Deppa wspaniale wpisują się w mój prywatny system wartości. Padło tam wiele słów, które mi imponują. Pozwolę sobie przytoczyć jeden z cytatów:
Myśl, aby koniecznie odnieść sukces komercyjny nigdy mnie szczególnie nie prześladowała. Męczyło mnie jedynie samo dążenie do tego sukcesu, to, że będę musiał w tym celu kłamać. Jeśli zamierzam coś robić, to na moich warunkach, a nie dlatego, że jestem jakimś maniakiem na punkcie kontroli nad wszystkim. Ja po prostu nie chcę żyć w kłamstwie. Naprawdę nie chcę spoglądać wstecz na swoje życie i mówić ’byłem oszustem’. (str.359)

Jeśli do tej pory jedynie lubiłam grane przez Deppa role i uważałam, że jest po prostu świetnym aktorem, to po lekturze tej książki Johnny skradł mi kawał serca.

Jeśli szukacie sekretów, plotek, skandali i sensacji, niekoniecznie prawdziwych, otwórzcie sobie Pudelka. Jeśli natomiast interesują Was fakty na podstawie których możecie sami wyrobić sobie opinię o aktorze, warto przeczytać książkę: Johny Depp. Sekretne życie- Nigel Goodall, wydawnictwo Pascal, Bielsko Biała, 2012 rok.

Życząc czytelnikom miłej upalnej niedzieli, pozostawiam Was z utworem Gorana Bregovica-American Dreamers i przeglądem wcieleń filmowych Johnny'ego Deppa.



P.S. Kiedy zobaczyłam w księgarni książkę "Leonard Cohen. Życie sekretne", którą oczywicie natychmiast nabyłam, zrozumiałam, że ów podtytuł to oznaczenie serii biografii znanych artystów, niekoniecznie zapowiedź zdrady ich prywatnych tajemnic. Leonarda Cohena smakuję jak nikogo innego. Wkrótce podzielę się swoimi wrażeniami po lekturze.

piątek, 26 lipca 2013

Ekspres do kawy Silvercrest z Lidla

Upalne letnie południe. Siedzę z laptopem przed domem, sącząc powoli i leniwie smaczną kawę i przypominam sobie, jak nabyliśmy ekspres do kawy w Lidlu...

Stary ekspres prychał, rzęził i rozpluwał na boki gorące krople wody. Raz gulgotał, innym razem zaś świszczał. Parzenie kawy co raz bardziej przypominało niebezpieczną przygodę. Uchylałam się raz na prawą, raz na lewą stronę, by uniknąć bezpośredniego kontaktu z wypluwką zwaną szumnie kawą.

Nie, to nie jest akcja tandetnego horroru, ale do niedawna moja codzienność. Mój stary ekspres swoje dobre chwile miał już dawno za sobą, a ja wciąż jedynie odgrażałam mu się, że wymienię go na nowy model.

Okazja ku temu nadarzyła się wreszcie, kiedy będąc we Wrocławiu, usłyszałam reklamę, iż pojawią się w Lidlu ciśnieniowe ekspresy. Nie miałam możliwości by zerknąć na opinie użytkowników, ponieważ akurat funkcjonowałam poza siecią, ale pomyślałam sobie, że... 

Mam już maszynę do szycia Silvercrest z Lidla i jestem z niej bardzo zadowolona. Mam też maszynę do chleba tej marki i jestem jeszcze bardziej z niej zadowolona, a używam jej niemal codziennie. Co zatem ryzykuję, prócz kwoty 177 zł? Przy trzyletniej gwarancji na ekspres, naprawdę niewiele.

Szybki telefon do domu pozwolił nam ustalić strategię, ponieważ ku mojemu zdumieniu, zakupy sprzętu w Lidlu mają z reguły przebieg dramatyczny. Kto nie wierzy, niech przeczyta dawniejszy wpis na moim głównym blogu dotyczący bitwy o maszynę. Sytuacja z zakupem ekspresu powtórzyła się kropka w kropkę, zatem nie będę się powtarzać.

Po szokujących zatem scenach o godzinie 8 rano w sobotę, staliśmy się właścicielami nowego ekspresu ciśnieniowego do kawy. Ja zapoznałam się z nim dopiero w poniedziałek po południu.

Nasz stary ekspres marki Severin, zakupiony jakieś 5 lat temu na allegro kosztował ponad 300 zł. Rozchwierutał się głównie dlatego, że miał jakieś plastikowe dźwignie, które trzeba było umiejętnie docisnąć. Po 3 latach zaczęło to wszystko szwankować, a ostatnie miesiące jego funkcjonowania wyglądały dokładnie tak, jak to przedstawiłam w pierwszym akapicie. Obiecałam sobie, że nie dam się już wrobić w podobnego typu konstrukcję.


Silvercrest nie różni się w żaden istotny sposób od innych ekspresów o podobnej budowie. Ma wygodną rączkę, do której wchodzi sitko mniejsze lub większe. Rączkę przykręca się do obudowy w bardzo wygodny sposób. Espresso jest naprawdę wyśmienite.
Największym plusem ekspresu i powodem zamieszania, jakie towarzyszy zakupom sprzętu marki Silvercrest jest jego niska cena w odniesieniu do jakości oraz gwarancja na trzy lata.
Sceny, jakie rozgrywają się przy kupnie sprzętu- bezcenne! :-)

piątek, 14 czerwca 2013

Żurek owsiany


O żurku z płatków owsianych mało kto słyszał, a jest to potrawa, którą warto spróbować. Odkąd natrafiłam na przepis, trąbię o zurku owsianym, gdzie tylko mogę, na wszystkich blogach, na facebooku. Wszystko po to, aby jak najwięcej osób spróbowało tego specjału. Ostatnio miałam okazję przeglądać książkę kucharską   Marii Monatowej z 1909 roku. I natrafilam tam na przepis na postną zupę:

"Żur robi się z barszczu żytniego  lub owsianego. Ukiszony barszcz zamieszać łyżką od spodu, przecedzić razem z mąką przez rzadkie sito i zalać na kipiąca wodę, której powinno być o połowę mniej jak barszczu. Jeżeliby po ugotowaniu żur był za gęsty, lepiej potem rozpuścić go przegotowaną wodą. Do tego żuru można dać trochę poszatkowanych grzybków, lub zwykłego domowego sera pokruszonego w kawałki. Podaje się także z kartoflami. Jest to bardzo zdrowa i posilna zupa, stanowi podstawę pożywienia naszego ludu wiejskiego." Tyle od pani Monatowej.
Ja tam żadnych postów nie uznaję :-)

Żurek owsiany jest hitem w moim domu już od jakichś dwóch lat, a może i dłużej. Zaczęło się od tego, że bardzo lubię żurek, a nie chciało mi się nigdy samej go kisić. Tymczasem uwierzcie mi, że warto. Pewnego dnia spojrzałam bowiem na etykietkę kupnego zakwasu, a tam same niespodzianki: mąki pszennej było więcej niż żytniej, z której klasyczny żur powinien się składać, a zamiast czosnku był aromat czosnkowy. Producent nawet się nie pofatygował by napisać „identyczny z naturalnym”, co stwarza podejrzenie, że z naturą ma on tyle wspólnego, co ja z matematyką stosowaną. Fuj! Tymczasem zrobienie domowego zakwasu to żadna filozofia. Kiedy przeczytałam u blogerki Agik na temat żuru z samego owsa, opadła mi szczęka. Wersja Agik jest tutaj, warto porównać. Na szczęście lubię eksperymentować, a płatki owsiane to produkt na tyle tani, że w razie gdyby coś poszło nie tak, spuszczenie produktu do klozetu nie nadszarpnie mojej kieszeni i serce mi od tego nie pęknie. Nie było z resztą takiej potrzeby. Dzięki Agik owsiany żur rozpanoszył się w moim domu. Potrawa jest pyszna, sycąca, bardzo wydajna i tania. Jednym opakowaniem płatków owsianych można nakarmić rzeszę ludzi. A jeśli jeszcze jest podany w domowym chlebku, to już mamy pełen wypas! :-)  Podaję Wam przepis na zakwas. Z tej ilości dwie osoby jedzą żur przez 5 dni. Trzeciego dnia modlę się o przybycie jakichś gości, żeby nam pomogli :-)


Do litrowego słoika wsypujemy ¼  jego wysokości płatków owsianych błyskawicznych. Jeśli ktoś lubi, jak coś mu się pęta między zębami, to mogą być płatki w całości. Próbowałam, wychodzi równie smaczny. Do słoika wlewamy przegotowaną, ciepłą wodę do 2/3 jego wysokości. Zakwas będzie się podnosił i musi mieć na to miejsce. Temperatura wody nie może być wyższa niż 40 st, najlepiej, aby miała temperaturę naszego ciała 35-38 st, ponieważ bakterie kwasu mlekowego są w takich warunkach najlepiej dopieszczone. Powyżej 40 st bakterie giną.  Do słoika wkrawamy kilka ząbków czosnku- ile kto uważa. Wśród lubiących czosnek, a ja się do takich zaliczam, panuje pogląd, że nigdy nie jest za dużo czosnku w zakwasie. Zawartość słoika mieszamy i przykrywamy przepuszczalną gazy czapeczką. Słoik stawiamy w ciepłym miejscu w domu. Na wsi gdzieś przy piecu, w mieście w kuchni. Nie przejmujemy się, że temperatura w domu może być niższa niż te 30 st. Stawiałam zakwas w różnych warunkach, w tym u rodziców w mieście, zawsze mi wyszedł. Zakwas najlepiej codziennie zamieszać czystą łyżką. Po 5 dniach jest gotowy na żur. Jeśli akurat nie planujecie żuru, można wstawić słoik do lodówki, co przerwie działalność bakterii.

Żurek z zakwasu można robić, jak kto lubi. Ja z tej ilości robię zupę w czterolitrowym garnku. Wlewam ¾ objętości garnka wody (albo wywaru z gotowanego wcześniej mięsa), wsadzam tam warzywa pokrojone w kostkę  i przyprawy do smaku. Na osobnej patelni smażę pokrojony boczek wędzony (może to być każda wędzonka, byle nie był to drób, bo jakiś taki nijaki ten żur na drobiu wychodzi). Jak warzywa będą miękkie (10-15 minut od zagotowania), wrzucam boczek do garnka i wlewam cały zakwas wcześniej go mieszając, aby płatki nie zostały na dnie. Teraz to się musi zagotować, aby składniki się połaczyły. I tyle. Nie trzeba dodatkowo zagęszczać zupy żadną śmietaną, czy mąką, ponieważ płatki go zagęszczą.
Gorąco namawiam Was do nastawienia sobie zakwasu owsianego w domu i wszystkim życzę smacznego :-)


czwartek, 13 czerwca 2013

Mieszanka do wypieku chleba z Lidla.


Podczas zakupów, których celem było standardowe uzupełnienie domowej spiżarni, skusiła mnie gotowa mieszanka do wypieku chleba. Do tej pory raczej omijałam tego typu produkty twierdząc, że jest to wydatek ekonomicznie nieuzasadniony oraz nafaszerowany różnego rodzaju podejrzaną chemią. Kilogram takiej gotowej mieszanki, która składa się w głównej mierze z mąki, kosztuje 5 zł. Można z tej ilości wypiec 2 chleby o wadze 750 gr (wartość zawyżona, w rzeczywistości każdy chleb do którego użyto pół kilo mąki waży mniej, jakieś 600-700 gr).

Czemu dałam się skusić? Jestem przecież przeciwniczką gotowców i fanką komponowania domowego menu z jak najprostszych składników. Uważam jednak, że niektórych produktów warto spróbować i na tej podstawie wyrobić sobie o nich opinię, a nie kierować się filozofią „nie bo nie”.

Najpierw skusiło mnie kolorowe opakowanie z miłą mojemu poczuciu estetyki grafiką. Jesteśmy wzrokowcami i większość ludzi mniej lub bardziej świadomie daje się złapać na ładne obrazki. Ja łapię się na nie świadomie, ponieważ wiem, że ktoś zadał sobie trud, aby zwykłą mąkę z dodatkami opakować tak, by sprawiała wrażenie produktu luksusowego. Cóż nie ukrywam, lubię być dopieszczana i jestem czasem skłonna wydać na to kilka złotych więcej. Nie szata jednak zdobi człowieka i nie opakowanie czyni produkt wartościowym, zerknijmy zatem, co kryje się w środku.


Skład mieszanki mnie nie wystraszył:
Mąka pszenna, ziarna słonecznika, mąka żytnia, suszony zaczyn żytni, sól spożywcza jodowana, suszone drożdże, substancje spulchniające: lakton kwasu glukonowego, wodorowęglan sodu, słód jęczmienny. Polepszacz mąki: kwas askorbinowy.

Jedynie lakton kwasu glukonowego wzbudził mój niepokój, ponieważ nie wiedziałam, co to jest. Okazało się jednak, że dodatek ten występuje nawet w sucharkach dla niemowląt, zatem w takiej ilości i sporadycznie spożywany, nie powinien zaszkodzić. Kwas askorbinowy to oczywiście przeciwutleniacz- witamina C spożywana i tak przez ludzi w ilościach zatrważających, jako rzekome panaceum na wszystko- od przeziębień po choroby stawów. Wodorowęglan sodu to powszechnie używana soda oczyszczona, składnik proszku do pieczenia.

Nic podejrzanego zatem nie zauważyłam, zabrałam się więc za wypiek. Był bardzo prosty. 


Producent zaleca 350 ml wody wlać do maszyny i dodać do tego pół kilo gotowej mieszanki. Ja, nauczona doświadczeniem wiem, że na pół kilo mąki dodaję 300 ml wody i konsystencja ciasta wychodzi idealna. Tak też zrobiłam, resztę wykonała maszyna. Przez te 3 godziny, kiedy chleb się robił, mogłam zająć się swoimi innymi sprawami włącznie z zaliczeniem długiego spaceru po lesie z psami.

Upieczony chleb wyglądał bardzo smakowicie. Wspaniale też smakował. 


Koszt wypieku takiego chleba jest wyższy niż chleba zrobionego z własnej mieszanki, do której serdecznie zachęcam. Nie jest to więc rozwiązanie na co dzień, ale raz na jakiś czas można sobie zaszaleć. Teraz wybrałam mieszankę Rivercote pszenno- żytnią z ziarnami słonecznika. Zachęcona smakowitym rezultatem, chętnie wypróbuję inne produkty tej firmy.