Wstęp

Kiedy zakładałam stronę slow travel myślałam przede wszystkim o tym, że mam Wam do zaoferowania spędzanie wolnego czasu- wakacji, weekendów w spokojnym wiejskim zakątku. To zaproszenie znajdziecie w zakładce „nasza oferta”.

Tak naprawdę jednak całe nasze życie jest podróżą w czasie i przestrzeni. Moje życie to ucieczka od kulturowo uwarunkowanych stereotypów, od wychowania w jedynie słusznej wierze i od pracy na etacie.

To jest przestrzeń związana z szeroko pojmowaną filozofią slow, która paradoksalnie zdobywa niezwykle szybko zwolenników na całym świecie. Jest buntem przeciwko postępującej komercjalizacji i bezrefleksyjnemu życiu.

Jak pogodzić współczesny model życia i nie stłamsić własnych pragnień i potrzeb? Jak znaleźć szczęście i spełnienie w dzisiejszych realiach? Jak tanio żyć, kiedy zrezygnowało się z udziału w "wyścigu szczurów"? Złotego środka będę szukać w najbardziej podstawowych aspektach naszego życia- w pożywieniu, w rękodziele, w rozrywce i w pracy.

wtorek, 30 kwietnia 2013

Inwestycja w nieruchomości na wsi.


Są jeszcze miejsca w kraju, gdzie relatywnie tanio można nabyć nieruchomości. Jednym z takich miejsc, dodam, że ciekawych pod względem turystycznym, jest Pogórze Izerskie. Takie rejony charakteryzują się cechami, które dla jednych mogą wydawać się zaletą, a dla niektórych stanowią wadę. Spora odległość od dużego miasta (Wrocław 150 km) to wada dla pracujących w tym mieście, ale dla ludzi nie związanych z miastem, wielka zaleta ze względu na niską cenę nieruchomości.

Większość nieruchomości, położonych w naszym regionie, ma charakter rolny, a o ich wartości decyduje ziemia należąca do gospodarstwa. To, jaka jest jej cena, zależy od ilości ziemi i jej jakości. Często tak bywa, że znajdujące się w dużym gospodarstwie rolnym zabudowania (dom plus spore budynki gospodarcze) wymagające remontu, niejako są dodatkiem do przynależnych im hektarów.

W zeszłym roku, w niedalekiej okolicy, znajomi nabyli za 300 tys. gospodarstwo, w skład którego wchodziło 17 ha ziemi (w tym 2 ha lasu), naprawdę duży dom (jakieś 12 pokoi) oraz jeszcze większe budynki gospodarcze. Wszystko wprawdzie do gruntownego remontu, niemniej jednak, przy tej cenie wydaje się, że zabudowania dorzucono gratis. Owszem, drugie tyle, a może i więcej trzeba wyłożyć na remont, ale i tak jest to korzystniejsze, niż budowanie domu od podstaw. Duże gospodarstwo, z obszernymi zabudowaniami, to propozycja dla kogoś, kto chce z różnych względów uniezależnić się od życia w mieście i być samowystarczalnym.

Na lokalnym rynku można nabyć jeszcze wiele nieruchomości innego rodzaju. Są to mniejsze domy, również do remontu, lecz w niektórych z nich daje się od razu po kupnie zamieszkać. Ceny takich domów, bez większej ilości ziemi, kształtują się w okolicach 60 tys zł. Przy czym określenie, czy dom jest duży, czy mały, może być różnie rozumiane, gdyż należy pamiętać, że na Dolnym Śląsku zwykłe stodoły są okazalsze niż niejeden dwór w innej części Polski.

przykład dolnośląskiej stodoły

Moim prywatnym zdaniem, kupno domu do remontu jest rozsądniejsze, niż kupno samej ziemi i stawianie domu od podstaw, choć oczywiście to rozwiązanie ma też swoje wady. Kiedy stawiasz nowy dom, musisz zmagać się z uciążliwymi formalnościami (projekty, pozwolenia, różnego rodzaju urzędnicze pułapki), które niejednego przyprawiły o siwiznę. Kupując dom do remontu, zakładając, że nie jest to skrajna ruina, można już tam mieszkać i powoli inwestować w remont.

Na lokalnym rynku dostępne są również oferty firm developerskich, które stawiają niewielkie osiedla domów jednorodzinnych. Tutaj, gdzie mieszkam, to nieporozumienie. Brak miejsc pracy w okolicy, wysoka cena, wszak developer musi sporo na tym zarobić, często chybiona lokalizacja powoduje, że domy te stoją puste. Takim przykładem jest osiedle domów reklamujące się hasłem: „zamieszkaj nad wodą”, w niewielkim miasteczku, które w ciągu dwóch lat dwukrotnie pustoszyła powódź.

Osiedle developerskie o wątpliwych walorach estetycznych. 
Domy te od kilku lat stoją puste.


Nieruchomości położone z daleka od wielkich miast są atrakcyjne dla osób, które potrafią wykorzystać potencjał miejsca, np. stworzyć zaplecze dla rozwoju turystyki. Wybierają je też ludzie, którzy wykonują wolny zawód bądź interesy finalizują za pomocą internetu, pocztą lub kurierem.
W obecnych czasach minusem takich lokalizacji jest kiepska infrastruktura związana z publicznym transportem. Dziś jednak niemal każdy dysponuje autem, zatem nie ma to większego znaczenia.

Ziemia rolna wciąż jest najlepszą i najpewniejszą lokatą kapitału. Moje gospodarstwo ma 10 ha i nabyliśmy je w 2001 roku, kiedy ziemia rolna kosztowała tutaj 3 tys zł/ha. Obecnie wartość jej wzrosła przynajmniej czterokrotnie.

W niestabilnych czasach, kiedy ceny szaleją, a pieniądz traci wartość, ceny ziemi idą nadal w górę. Hektarów nikt nie ukradnie. Jeśli mamy chęć, nabyta ziemia może przynosić zyski z samych dopłat unijnych. Nie trzeba nawet kiwnąć palcem przy pracy na roli. Wystarczy ułożyć się z sąsiadem, który przy okazji swoich prac będzie uprawiał również naszą ziemię, lub chociaż ją zaora. Utrzymanie ziemi w dobrej kulturze, a tym bardziej obsianie jej, gwarantuje nam dochód z ziemi pochodzący z unijnych dopłat. Dopłata do hektarów za 2011 rok wynosiła: 710,57 zł do hektara płatności jednolitej (utrzymanie ziemi w dobrej kulturze, czyli odchwaszczonej) plus 274,23 zł  do hektara płatności uzupełniającej, jeśli pole jest obsiane.

Na moim polu w zeszłym roku dojrzewała gryka

Nie każdy jest fanem starych domów. Przy następnej okazji będę miała dla Was atrakcyjną propozycję związaną z projektem nowego domu za 1 zł.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Wykrywacz metali.


Nie znam chyba żadnego chłopaka, który w dzieciństwie nie marzył o wielkich przygodach i poszukiwaniach skarbów. Wiecie, że niektórzy z takich marzeń nie wyrastają i je realizują? Wiem, że są też tacy, którzy nie nie mają pojęcia, jak zacząć swoją przygodę z poszukiwaniem skarbów i właśnie dla takich osób, niezależnie od płci i wieku, przygotowałam ten artykuł.

Wszystkich, którzy mieli już styczność z tematem uprzedzam, że jest to tekst dla absolutnych żółtodziobów, który służy jedynie informacji i nawet w małej części nie wyczerpuje zagadnienia. Z powodów oczywistych (miejsce i stopień zanudzenia czytelnika) udało się temat ująć jedynie schematycznie.

Nowy czy używany? W co zainwestować na początek?

Przede wszystkim przestrzegam przed kupowaniem wszelkich chińskich modeli wykrywaczy (najbardziej popularna pośród chińczyków jest wersja MD). Nie piszę tu oczywiście o markowym sprzęcie montowanym w Chinach, lecz o jego chińskich podróbkach. Są to zabawki dla dzieci, nadające się jedynie do poszukiwania kluczy zagubionych pod dywanem. Wykrywacze te nie posiadają parametrów pozwalających znaleźć cokolwiek! Jeżeli znajdziecie nowy wykrywacz za 150-300 zł, a z bajerami takimi jak wyświetlacz LCD i za 600 zł, a nie podpisuje się pod nim żadna firma, to nie kupujcie czegoś takiego. Nawet jeśli sprzedawca wciska kit o jego możliwościach i zastosowaniach dla profesjonalistów.  Dokładając kilkaset złotych więcej (już w granicach 600 zł) można kupić przyzwoity, używany, starej generacji, ale markowy i całkowicie wystarczający początkującemu poszukiwaczowi sprzęt.

Za 1200 zł można kupić nowy wykrywacz Garrett Euro Ace. Dla początkującego jest to sprzęt bardzo dobry i całkowicie wystarczający. Przydaje się również poszukiwaczom zaawansowanym, których nie stać na droższy nowy sprzęt.
Przy odrobinie szczęścia, w tej samej cenie można kupić używany wykrywacz White's serii 5900 lub 6000,  który jest sprzętem lepszej klasy, o wysokich parametrach i solidniejszym wykonaniu. Metalowa obudowa pozwoli na bezpieczne używanie go w trudnym terenie. Jest to najlepsza konstrukcja analogowych wykrywaczy jaką kiedykolwiek stworzono.


White's 6000. To chyba najlepszy wykrywacz analogowy, jaki kiedykolwiek stworzono. Posiada doskonałe parametry, zwłaszcza jeśli chodzi o selekcję i rozróżnianie drobnych przedmiotów z metali kolorowych. Pomimo tego, że konstrukcja ma już ok. 20 lat, przez wielu jest do dziś chętniej wybierana niż odpowiedniki cyfrowe. Sprzęt jest polecany osobom mającym pewne doświadczenie z poszukiwaniami. Taki wykrywacz, w bardzo dobrym stanie, można kupić za 1400 zł.

Omawiając ten temat, nie sposób pominąć krajowej inwencji. Polskie wykrywacze HS, zwane popularnie „Smętek”, uważane są za jedne z lepszych na rynku. W dodatku z innym markowym sprzętem konkurują korzystną ceną. Zaletą polskiego wykrywacza metali jest dostępność części zamiennych i serwisu. Nabywając jakikolwiek wykrywacz, również należy zwrócić uwagę na to, czy w razie problemów będziemy mieli możliwość pozyskania części zamiennych. O wysokiej jakości Smętka może świadczyć fakt, że rzadko pojawia się on na rynku wtórnym. Kto raz zakupił ten wykrywacz, niechętnie się go pozbywa. Jeśli jednak taki sprzęt zostaje wystawiony do ponownej sprzedaży, osiąga cenę 800-1000 zł.

Jak działa wykrywacz metali?

Zasada działania jest pozornie prosta. Jest to cewka (zwój drutu) zamknięty w obudowie. Jeśli cewka porusza się ponad metalowym przedmiotem, w dużym uproszczeniu pisząc, powstaje prąd elektryczny. Modyfikacje konstrukcji polegają na łączeniu ze sobą układów kilku cewek, różnych ich kształtów i położenia względem siebie. A to już takie proste nie jest. Od tych właśnie elementów zależy, w jaki sposób wykrywacz będzie rozróżniał rodzaj metalu oraz wielkość i kształt przedmiotu. Wykrywacz, który ma najwięcej możliwości związanych z rozróżnianiem, będzie droższy. 
Należy jednak pamiętać, że są pewne bariery technologiczne, których nie da się przeskoczyć. Jeśli na rynku pojawiają się oferty wykrywaczy, których sprzedawca obiecuje odnalezienie monety na głębokości 1 metra, należy uważać, ponieważ za tego typu deklaracjami musi iść w parze wysoka cena sprzętu. Są to oferty podejrzane i zanim wydamy na sprzęt kilkanaście tysięcy złotych, należy zasięgnąć opinii z kilku niezależnych źródeł.

Cenę wykrywaczy metali podwyższa w obecnych czasach również nowa elektronika, układy cyfrowe, które potrafią przełożyć sygnał na przedmiot. Na podstawie sygnału wykrywacz zidentyfikuje metal oraz głębokość zalegania przedmiotu. Przy tym należy dodać, że osoby, które mają dużo do czynienia z wykrywaczami, potrafią bez zaawansowanej elektroniki, jedynie na podstawie minimalnych różnic sygnału, określić to samo. Dlatego też warto do każdego wykrywacza używać słuchawek. Nie tylko pozwala to wychwycić owe minimalne różnice, zwiększające zasięg wykrywacza nawet o 50%, ale i znacznie przedłuża żywotność baterii, które szybko wyczerpują się przy sygnale z głośników. 


Viking 6DX2- kilkunastoletni wykrywacz o nadal przyzwoitych parametrach. Obecnie jego cena rynkowa to 200 zł (używany). Bardzo prosty w obsłudze, polecany dla początkujących. Jego zalety to cena i dobre parametry. Pomimo kilkunastu lat użytkowania wciąż pozytywnie zaskakuje właściciela.

Jaki wykrywacz, do jakich celów?

Warto na początek określić sobie, na czym tak naprawdę nam zależy, czego będziemy szukać? Osobom, które jeszcze tego nie wiedzą, polecam wykrywacze uniwersalne o jak najszerszym spektrum działania, z wymiennymi cewkami. To od konstrukcji cewki zależy, czy znajdziemy monetę, czy czołg. 
I tutaj zadałam pytanie praktykowi, jaki wykrywacz sprawdza się w poszukiwaniach konkretnych rzeczy.

Najbardziej uniwersalny jest White's. Jeśli natomiast nasze poszukiwania ukierunkowane są na małe przedmioty (monety, guziki) najlepiej nadaje się Garrett Euro Ace, ponieważ jego konstrukcja pozwala wychwycić drobne elementy. Jeśli zależy nam na większych przedmiotach (skarby w skrzyniach) świetnie sprawdzi się "Smętek", który jest czuły na duże przedmioty zakopane głęboko w ziemi.

Rodzaje wykrywaczy.

Rozróżniamy wykrywacze dynamiczne i statyczne. Te dynamiczne będą sygnalizować znalezisko tylko wtedy, kiedy cewka jest w ruchu. Statyczne pokazują przedmiot zawsze, co pozwala zlokalizować go na punkt. Konstruktorzy rozwijają głównie technologię związaną z detektorami dynamicznymi, ale co jest bardziej wygodne w użyciu zależy od poszukiwacza. Każdy ma na ten temat swoje zdanie. W każdym razie, należy przy kupnie zwrócić na to uwagę, są bowiem wykrywacze tylko dynamiczne, tylko statyczne, lub takie, które mogą przełączać się na oba tryby pracy.

Propozycja dla ambitnych.

Jeśli ktoś znajduje przyjemność w majsterkowaniu, chce mieć wykrywacz metali, ale przerażają go ceny, może go sobie zbudować sam. Istnieją dostępne schematy oraz zestawy do samodzielnej budowy detektora. Koszt takiej zabawy wyniesie około 300 zł, czyli mniej więcej tyle, co wspomniany na początku chińczyk. Są to proste układy typu PI (pulse induction) które nie mają rozróżniania, ale i tak są o niebo lepsze od chińczyków. Ich zaletą jest duża czułość i bardzo dobre zasięgi. Wadą natomiast jest owa czułość na żelazne śmieci, które niekiedy skutecznie zniechęcają do poszukiwań. Wyobraźcie sobie bowiem, jak dziesiąty raz rąbiecie głęboką dziurę tylko po to, aby wydobyć z niej zardzewiały gwóźdź. Za jedenastym razem trafia was szlag.

Wykrywacze specjalistyczne.

Istnieją oczywiście wykrywacze dla profesjonalistów i nie będę ich omawiać, bo jest to bardzo specjalistyczny sprzęt, którego nie obsłuży początkujący poszukiwacz. Nadmienię tylko, że można takim wykrywaczem poszukiwać głęboko osadzonych w ziemi dużych przedmiotów takich, jak czołgi, skrzynie, beczki itp. Takie wykrywacze mają dwie osobne cewki ustawione względem siebie prostopadle. Należy do nich White's TM 808, który ma też ciekawą funkcję wykrywania pustych przestrzeni (piwnice, podziemia). Do pracy z nim potrzeba dwóch osób i niezbędna jest pomoc drugiego, klasycznego wykrywacza. Istnieją również wykrywacze do poszukiwań pod wodą.

White's TM 808. Sprzęt przeznaczony dla zaawansowanych poszukiwaczy, służy do szukania dużych obiektów na głębokościach. Posiada funkcję wykrywania pustych przestrzeni, takich jak groty, piwnice, podziemia.

Poszukiwacze i prawo.

Według polskiego prawa nie wolno prowadzić poszukiwań z użyciem wykrywaczy metali na terenach objętym rejestrem zabytków (teren będący pod opieką konserwatora zabytków). Wolno natomiast posługiwać się nim w każdym innym terenie pod warunkiem, że uzyskamy zgodę właściciela terenu. Co do kręcenia się po prywatnych polach i obejściach sprawa jest jasna, ale uwaga, każdy teren do kogoś należy. Aby szukać w lesie, należy mieć pozwolenie od nadleśnictwa, podobnie rzecz tyczy się terenu należącego do gmin, powiatów, etc. W praktyce wiemy, jak to wygląda.
Absolutnym obowiązkiem każdego szanującego się poszukiwacza jest nie zostawianie po sobie śladów. Jeśli wyrąbiesz gdzieś dziurę, twoim obowiązkiem jest ją zakopać.

*********
Informacja dla osób, które trafią tutaj po latach: Ceny i dostępność sprzętu dotyczą wiosny 2013 roku.

czwartek, 25 kwietnia 2013

Slow City.

Pamiętacie Manifest Tadeusza Peipera z okresu międzywojennego i jego hasło 3 x M? „Miasto, masa maszyna!” Ruch awangardowy, w Polsce jak zwykle nieco spóźniony, bo przypadający na czasy dwudziestolecia międzywojennego, wyrósł na kanwie rewolucji przemysłowej, a potem gwałtownego postępu technicznego. Wynalazki, takie jak telefon, elektryczność, kinematografia niejednemu zawróciły w głowie. Rozpoczął się istny szał na punkcie techniki i nauki, które to dziedziny stały się dla wielu nową religią. W tamtym okresie miasta przeżywały swój dynamiczny rozwój. Nic jednak nie trwa wiecznie, a każda moda kiedyś przeminie. Dziesiątki lat później zatłoczone i śmierdzące od spalin miasta stały się trudnym miejscem do życia.

Technika i przemysł wrosły głęboko w serce niejednego miasta. Jak jednocześnie zachować dziedzictwo i uczynić miejsce przyjaznym dla ludzi? Oto jeden z przykładów.




Manhattan-serce Nowego Yorku- kojarzy się nam przede wszystkim z ekskluzywną dzielnicą, naszpikowaną wysokimi wieżowcami. Tymczasem w jej zachodniej części znajduje się High Line-relikt rewolucji przemysłowej, zbudowana w 1847 roku linia kolejowa, która miała umożliwić swobodny dopływ towarów do rozwijającego się dynamicznie miasta. Szybko okazało się, że biegnąca przez ruchliwe miejsca kolej powoduje masowe wypadki. Z tego względu, w latach 30-tych XX wieku, zbudowano dla kolei estakadę, która prowadziła bezpośrednio do magazynów i fabryk. 

Po II wojnie światowej, kiedy stopniowo dostawy towarów opanował transport kołowy, linia podupadła, teren zaczął zarastać i niszczeć. Stał się też siedliskiem patologii społecznych.


High Line została częściowo rozebrana, ale znalazła się grupa pasjonatów, która chciała zachować dziedzictwo tego miejsca, sięgające XIX wieku. Konkurs na rewitalizację okazał się sukcesem. Władze miasta wykupiły teren i zrealizowały jedną z architektonicznych wizji.

Estakada, po której jeździły pociągi z towarami, stała się teraz zieloną promenadą oddaną do użytku w czerwcu 2003 roku. Można z niej podziwiać krajobraz Manhattanu. Podczas prac remontowych rozmontowano tory, oczyszczono je i położono na swoje miejsce. Wszędzie wkomponowano rozmaitą roślinność. Inwestorzy masowo zaczęli wykupywać magazyny czyniąc z nich ekskluzywne apartamentowce.

Dziś High Line jest wspólną publiczną przestrzenią, długości prawie 2,5 km, która przyciąga nie tylko mieszkańców miasta, ale stanowi turystyczną atrakcję Nowego Yorku.


A może już czas, aby rozejrzeć się wokół i na wzór NYC uczynić nasze miasta bardziej zielonymi i przyjaznymi dla mieszkańców?

Walim (Góry Sowie)- krajobraz postindustrialny:



Fabryka lnu Websky, Hartmann & Wiesen, późniejszy ZPL Walim

Fabryka w czasach świetności


środa, 24 kwietnia 2013

Ceramika z Bolesławca.



Jest takie miejsce na ziemi, gdzie z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że znalazłam się w raju. Raj ów oddalony jest od mojego miejsca zamieszkania jakieś 50 km. Ciągnie się w nieskończoność wzdłuż jednej z bolesławieckich ulic. Nigdy nie doszłam do jej końca, ponieważ w każdym z przedsionków owego raju spędzam zbyt wiele czasu. Piszę tutaj oczywiście o sklepach i składach z ręcznie wytwarzaną i zdobioną ceramiką, sprzedawaną przez szereg manufaktur z Bolesławca i jego okolic.

W dzisiejszych czasach, kiedy jesteśmy masowo zalewani tandetnymi wytworami taniej azjatyckiej siły roboczej, bardziej cenię sobie pracę lokalnych rzemieślników, którzy osadzeni są w historii i kulturze regionu, a ich wytwory rozpoznawalne są nie tylko w Polsce, ale również poza granicami naszego kraju.

Ceramika z okolic Bolesławca reprezentuje jedyny i niepowtarzalny styl. Niegdyś wyroby prezentowały dosyć ubogi asortyment wzorów (stemple, proste wzory roślinne) i kolorów (niebieski i brązowy). Dziś mamy do czynienia z prawdziwą feerią barw, wymyślnymi wzorami, które ubogaciły ceramikę bolesławiecką, nie niszcząc jej charakteru. Nadal jednak podstawowym ornamentem, wyróżniającym te wyroby spośród innych, jest stempel.

przedwojenny "bolesławiec"


współczesny wzór

klasyczny wzór stempelkowy

Choć wiele osób ceni sobie właśnie tę unikalną technikę stempelkową, ja tracę rozum przy kolorowych ornamentach florystycznych, szczególnie tych z przewagą żywych błękitów.
Pierwszym przedmiotem, jaki biorę do ręki o świcie, a zimą i na długo przed świtem, jest mój ulubiony kubek wypełniony orzeźwiającą poranną kawą.


Ceramika bolesławiecka jest poza granicami Dolnego Śląska bardzo droga. W samym Bolesławcu ceny są korzystne, ponieważ istnieje duża konkurencja. Jeśli ktoś planuje urlop w tych rejonach, a jest zainteresowany tymi wyrobami, powinien zarezerwować sobie jeden dzień na przejrzenie oferty bolesławieckich firmowych sklepów.


Najlepszą okazją do zakupu ceramiki i to nie tylko tej z okolic Bolesławca, jest doroczne, organizowane w połowie sierpnia Święto Ceramiki. Do Bolesławca zjeżdżają się rzemieślnicy z całego kraju. Ceny wówczas drastycznie spadają z powodu ogromnej konkurencji. Zaliczam wówczas oczopląs i najchętniej kupiłabym wszystko.
Niegdyś, spośród tego szaleństwa barw i wzorów, wyłuskałam dwa eleganckie kubeczki, które są po dziś dzień jednymi z moich najbardziej ulubionych. W nich pijam kawę po obiedzie i herbatę w ciągu dnia.
To nie są oczywiście wyroby z Bolesławca, choć zakupione na rynku w Bolesławcu, ale pozwoliłam sobie je zaprezentować, aby pokazać, jak pięknie pasują do  ciasta tiramisu mojego autorstwa :-)



 Prawda, że bardzo smakowicie? ;-)

Nabywając niektóre produkty nie zawsze kieruję się ceną. W niektórych przypadkach zwracam uwagę na inne wartości takie jak kraj i miejsce pochodzenia, marka, jakość i filozofia, która idzie za przedmiotem. Bolesławieccy rzemieślnicy, poprzez swoje unikalne na skalę światową wyroby, doskonale wpisują się w moje pojęcie zakupów z filozofią. To nieliczni rzemieślnicy, którzy nie wyemigrowali z kraju za chlebem, lecz mimo niesprzyjających dla rodzimego rękodzieła czasów, wykorzystali wielowiekową i wielokulturową tradycję tych terenów. Zarówno niegdyś, jak i w dzisiejszych czasach, wyroby te są elementem kulturowym Dolnego Śląska. Ceramika z Bolesławca i okolicznych manufaktur jest wizytówką zarówno naszego regionu, jak i naszego kraju.

Ja jestem nie tylko tego świadoma, ale i dumna z ciągłości tej wielokulturowej tradycji. Z przyjemnością wydam na taki wyrób kilkanaście złotych więcej, niż wydałabym za kubek w sklepie „wszystko za 2,99”.

Jeśli ktoś wybiera się tego lata na doroczne święto ceramiki bolesławieckiej, zachęcam, aby rozważył ofertę zatrzymania się w naszym gospodarstwie agroturystycznym. Będzie nam bardzo miło gościć takich samych pasjonatów, jak my :-)

czwartek, 18 kwietnia 2013

GAZ 69

Kiedy przeprowadziliśmy z dużego miasta na wieś, stanęliśmy przed wieloma problemami, z którymi nigdy wcześniej nie mieliśmy do czynienia. Jednym z nich było pozyskiwanie drewna, gdyż zakupiliśmy na ówczesne czasy (2001 rok) bardzo nowoczesny piec na gaz drzewny. Drewno można było kupować i zamawiać z dostawą do domu, ale nieporównywalnie taniej było pozyskiwać go samemu. O pierwszej zimie, jaką dane nam było przeżyć w naszym nowym domu pisałam na swoim blogu głównym w tym miejscu. Teraz chciałabym Wam pokazać, jak można połączyć praktyczność  z pasją i jeszcze powiązać to wszystko ze sporymi oszczędnościami.


To wszystko działo się 12 lat temu, a wydaje się, jakby miało miejsce w jakiejś innej epoce. W tamtych czasach łatwiej było na złomie znaleźć fragmenty lub nawet całe stare wojskowe pojazdy, takie jak Gaz, czy Uaz, niż nabyć używane terenowe auto za w miarę przystępną cenę. Bardzo nam to odpowiadało. Zdawaliśmy sobie sprawę, że w miarę upływu czasu możliwość taniego zrekonstruowania historycznego auta będzie ograniczona. I mieliśmy rację. Dziś trudno już o takie rarytasy na złomie. Aby wejść w posiadanie Gaza czy Uaz-a trzeba wydać na niego sporo pieniędzy. W obecnych czasach, kiedy ceny używanych aut są relatywnie niskie, może się to po prostu nie opłacać.

Wróćmy jednak do tamtych czasów, kiedy przyświecała nam pewna idea. Tego typu auta są nie tylko praktyczne, ale mają też swoją duszę. Wywołują zainteresowanie i uśmiech na twarzach ludzi. W obecnych czasach Gaz ma już status niemal antyku. Wśród pasjonatów staje się powoli kultowym autem.

Nasz Gazik doczekał się profesjonalnej sesji zdjęciowej

A oto efekt:


Gaz 69 to radzieckiej produkcji auta wojskowe wzorowane na konstrukcji amerykańskich wojskowych terenówek z czasów II wojny światowej. W Polsce, w czasach PRL- u, ten pojazd był wykorzystywany przez milicję, ZOMO, leśników, czy energetyków. Charakteryzował się toporną, prostą konstrukcją odporną na zniszczenie. Znakomicie sprawdzał się w trudnym terenie.

Produkowano go w dwóch wersjach: Gaz 69- dwudrzwiowy, posiadał dwa siedzenia z przodu, a z tyłu ławki do przewożenia żołnierzy oraz ładunku i Gaz 69A, tzw. komandorka, czyli wersja oficerska- czterodrzwiowa, posiadała dwa siedzenia z przodu i z tyłu kanapę, jak w klasycznych samochodach. Obie wersje miały otwarte nadwozie, w razie niepogody zarzucano plandekę.

Wśród ludzi starszych auto to jest rozpoznawane i pomimo złych doświadczeń z czasów komuny, wspominane z rozrzewnieniem, żeby nie rzec- z łezką w oku. Ludzie młodzi nie wiedzą z reguły, co to jest, ale pojazd wzbudza u nich ogromne pozytywne emocje oraz zainteresowanie.

Samochody te w oryginale były wyposażone w silnik benzynowy dolnozaworowy. W obecnych czasach jest to niepraktyczne rozwiązanie. Silnik taki ma zbyt duży pobór paliwa, aby mógł być dziś eksploatowany bez narażania się na bankructwo. Polak jednak potrafi dostosować się do wszelkich okoliczności.
Pobieda
Już w latach powojennych polska myśl techniczna musiała zostać dostosowana do radzieckiej. Produkowany w Polsce samochód Pobieda (na licencji fabryki GAZ), późniejsza Warszawa, posiadała dokładnie ten sam silnik. Na bazie owej Warszawy rozwijano inne konstrukcje, np. Żuk, czy Nysa. Dla Żuka i Nysy z czasem opracowano nowocześniejszy silnik benzynowy, górnozaworowy. Pasował on znakomicie do konstrukcji Gaz-a. Chętnie wymieniano stare nieekonomiczne silniki na nowsze. W latach 80-tych nastąpił nowy przełom. Dla polskich aut dostawczych opracowano silnik Diesla Andoria 4C90, który jak się okazało,  bez żadnych przeróbek pasuje również do Gaz-a.

Dzięki temu w naszej wersji gazika również mogliśmy zamontować tego typu silnik. Jego zaletą jest przede wszystkim prostota (może równie dobrze jeździć na olej rzepakowy z Biedronki) oraz możliwość eksploatacji po rozsądnych kosztach.

Praca nad zrekonstruowaniem GAZ-a 69A była sporą przygodą. Poszukiwania części rozpoczęliśmy od wizyt na złomach. Przeglądaliśmy też ogłoszenia oraz pytaliśmy znajomych. W rezultacie udało się nam nabyć 3 gaziki w różnym stanie zachowania. Jeden z nich był zdekompletowaną wersją komandorki, zatem jeśli już trafiła się taka gratka, postanowiliśmy, że właśnie na jej bazie odtworzone zostanie nasze auto. Komandorka jest wersją rzadszą i to właśnie ze względu na jej unikalność, zapadła taka, a nie inna decyzja.

Kiedy wszystkie elementy zostały ze sobą zestawione, czyli powstała jedna komandorka z trzech gazików, okazało się, że pozostało jeszcze wiele części, które nam się już nie przydadzą. Nadwozia z pozostałych GAZ-ów sprzedaliśmy, a że rekonstrukcja zajęła nam nieco czasu, ceny poszły w górę. Po spieniężeniu tego, co było już zbędne, okazało się, że naszego gazika mamy niemal za darmo.

Służy nam nie tylko jako pojazd do zwózki drewna. Stanowi też ciekawą atrakcję na piękne letnie dni. Zaprzyjaźnieni goście mogą skorzystać z przejażdżki po okolicy i poczuć się wyjątkowo. Wiecie, jakie taki pojazd wzbudza emocje i jaką sensację, kiedy latem przejeżdżamy przez okoliczne wsie i miasteczka?
Oczywiście, nie jest to auto uniwersalne, na dłuższe wyprawy, choć mnie wciąż marzy się wielotygodniowy rajd gazikiem gdzieś w stepy Kazachstanu. To byłaby w dosłownym tego słowa znaczeniu slow travel

Radość Chłopa z własnoręcznie zrekonstruowanego pojazdu... bezcenna ;-)

Co jeszcze warto wiedzieć? Mając taki pojazd trzeba dobrze znać swoje prawa, ponieważ dotyczą go przepisy, które są bardzo rzadko wykorzystywane, a zatem mało znane przez osoby teoretycznie kompetentne- ubezpieczycieli, czy policję. Pojazd taki, sunący po drodze, wzbudza zainteresowanie policjantów, a nigdy nie wiemy, czy któryś się nie zacznie przyczepiać do szczegółów.

Gaz jest pojazdem historycznym, który ma więcej niż 40 lat. Nie trzeba zatem opłacać jego OC w trybie ciągłym. Takie pojazdy ubezpieczać można jedynie wtedy, kiedy planujemy wyjazd na drogi publiczne. W autach, które fabrycznie nie miały montowanych pasów bezpieczeństwa, nie ma konieczności ich zakładania. Z resztą w samochodzie z otwartym nadwoziem bezpieczniej jest nie zapinać pasów. Zawsze w razie czego, można wyskoczyć… :-)

środa, 17 kwietnia 2013

Suplementy diety.


Rynek związany z suplementami diety jest potężny i wydaje się mieć nieograniczone możliwości. Producenci tzw. suplementów diety bazują na skłonności ludzi do wiary w cudowną moc ziół i naturalnie występujących w przyrodzie składników. Słowo wiara jest tutaj bardzo na miejscu, gdyż z tymi ziołami i substancjami nie zawsze jest tak, jak się z pozoru wydaje.

Zioła i niektóre substancje mogą spowodować określone rekacje, wie to ten, kto zażył choć raz w życiu senesu lub popróbował marihuany, ale te reakcje są krótkotrwałe i odwracalne. Zioła nie leczą, podobnie, jak witaminy czy mikro i makro elementy, ale wpływają na organizm przemijająco. Powinniśmy je zażywać jedynie wtedy, kiedy mamy niedobory jakiegoś związku, nigdy na wszelki wypadek.

Bardzo często popełnianym błędem jest myślenie o suplementach diety, jako o lekarstwach. Tymczasem leki, aby być zarejestrowane pod tą nazwą, muszą wykazywać działanie uzdrawiające i przejść szereg badań, zupełnie odmiennych niż suplementy diety. Suplementy diety muszą jedynie nie szkodzić. Przechodzą badania takie same, jak każda żywność. Suplementy diety są żywnością, nie lekarstwami. Producenci często oszukują nas nazywając swoje produkty naturalnymi preparatami leczniczymi. W rzeczywistości, albo nas sztucznie pobudzają, albo nie działają wcale, lub wywołują efekt placebo.

Bardzo trudno na tym rynku oddzielić ziarno od plew. Witaminy i mikroelementy są potrzebne do prawidłowego funkcjonowania organizmu, to nie ulega żadnej wątpliwości. Jeśli nie mamy możliwości pobrać ich z normalnej żywności, możemy uzupełnić niedobór w sztucznej formie. Sama w tej chwili zażywam chelatowany magnez z witaminą B6. Bardzo dobrze działa na mój system nerwowy. Preparat kosztuje 30 zł (60 kapsułek) i otrzymałam go w prezencie od bliskiej osoby. Producent zapewnia, iż jest to najlepiej przyswajalna forma magnezu. Prawda jest taka, że kupiony przeze mnie za grosze w aptece magnez z witaminą B wykazywał identyczne działanie.


Drugą grupą suplementów diety, po witaminach i mikroelementach, są substancje rzekomo naturalnie występujące w organizmie naszym lub wyciągi z rozmaitych roślin czy zwierząt (tłuszcze, hormony, etc). Jakkolwiek jestem w stanie zrozumieć łykanie tranu (kwasy omega, tłuszcze nienasycone), tak nie mogę pojąć rozmaitych siarczanów glukozaminy, które magicznie mają uzdrowić chore stawy. Na całe szczęście, jakiś czas temu, wpadło mi w ręce obiektywne opracowanie, publikowane w którymś z naukowych czasopism, na temat kompletnej nieskuteczności siarczanu glukozaminy, zatem nie mam wyrzutów sumienia, że mimo zajętych chorobą stawów, nie mogę sobie pozwolić na długą i bardzo kosztowną terapię tym środkiem. Producent pisze, że substancja ta wykazuje działanie lecznicze po minimum 3 miesiącach zażywania środków. Prawda jest natomiast taka, że właśnie po około 3 miesiącach bolesność w zajętym stawie mija sama z siebie, lub przenosi się na inny staw. Niestety, zawsze wraca, co chory człowiek może uznać za swój błąd, że przerwał terapię. W przypadku tej substancji wykazano, że jej "uzdrawiająca" moc wynika jedynie z efektu placebo, a ja mogę w tym przypadku pozazdrościć niektórym tak mocnej wiary, że aż uzdrawia.

Nie mam żadnych wątpliwości, że inne suplementy diety, potraktowane teraz jako żywność (czyli póki nie ma rzetelnych badań, mają nie szkodzić), również w rzeczywistości nie mają zbawiennego wpływu na nasz organizm.

Trzecią grupą suplementów są substancje sztucznie pobudzające. Mogę się zgodzić, że preparaty z żeń szenia czy guarana może przemijająco wpływać na neuroprzekaźniki w mózgu skoro są ludzie, którzy tego doświadczyli. Ja osobiście takiego efektu nie odczułam zażywając oba te preparaty od różnych producentów. Wiecie co? Wolę kupić sobie dobrą kawę i pobudzić się sprawdzoną kofeiną w naturalnej postaci.

Ostatnią grupą i to mocno moralnie podejrzaną, są wszelkiego rodzaju specyfiki na odchudzanie, porost włosów, prostatę, libido. Bazują na ludzkich kompleksach i drzemiących w podświadomości nadziejach.

Pewnego razu moja pulchna znajoma przyniosła opakowanie ze środkiem odchudzającym. Łyknęła dwie tabletki, zanim zabrała się za pałaszowanie ciasta. Kiedy ona jadłaja czytałam ulotkę.


-A co ma tutaj odchudzać?- zapytałam, gdyż w składzie zobaczyłam same neutralne zioła- mięta, rumianek, etc. Nie było nawet niczego na przeczyszczenie, a często zdarza się to w tego rodzaju specyfikach.
-No nie wiem- odpowiedziała. -Ale jest bardzo drogie, to na pewno dobrze działa.
-Wiesz, gdybym w to wierzyła, zebrałabym sobie te zioła sama, lub nabyła w sklepie zielarskim i pomieszała czyniąc z nich nawet smaczną herbatę.
Nie muszę chyba dodawać, że po roku czasu, który minął od tej rozmowy, moja znajoma nadal jest pulchna, a ja wciąż nie wierzę w tego typu specyfiki.
Otyłość to choroba społeczna spowodowana złymi nawykami w żywieniu. Nie pomogą tabletki, jeśli nie zmieni się stylu życia.

-Mamy krówki w promocji- mówi do mnie bardzo pulchna kasjerka, podczas płacenia za zakupy.
-Dziękuję, dbam o linię- odpowiadam chowając zielone oliwki do torby.
-Ale pani ma bardzo ładną figurę!- kasjerka jest lekko oburzona moją odpowiedzią.
-Właśnie dlatego, że dbam!- odpowiadam z uśmiechem i rozkoszując się osłupieniem ekspedientki, wychodzę ze sklepu.

Na łysinę czy słabe libido też tabletki nie pomogą. Za łysienie odpowiedzialne są geny i hormony, natomiast libido hamuje przede wszystkim stres.

Na koniec warto wspomnieć, że reklamy suplementów diety są podpierane rzekomymi badaniami lub zatwierdzane przez rozmaite instytuty i inne podmioty. Z prawnego punktu widzenia, nie można powiedzieć, że te instytucje nie istnieją, ponieważ są rejestrowane przez producentów, ale tylko na potrzeby reklamy. Dla przeciętnego odbiorcy zawarty w reklamie  argument akceptacji czy polecania produktu przez instytut, stowarzyszenie, związek czy też inny twór o mądrze brzmiącej nazwie, jest gwarancją rzetelności informacji, uwiarygadnia wartość produktu i jego skuteczność. Niestety, w tym wypadku jest to oszustwo w białych rękawiczkach.

wtorek, 16 kwietnia 2013

Lokalni producenci żywności.

Wyzwaniem  na przyszłe lata prawdopodobnie będzie podniesienie świadomości związanej z potrzebą zdrowego i zrównoważonego odżywiania się, opartego na logice, a nie na ideologii oraz miejmy nadzieję, jakaś mądrzejsza niż do tej pory polityka, która umożliwi skrócenie drogi, jaką pokonuje jedzenie, od producenta do konsumenta. Jabłka z Nowej Zelandii są tutaj świetnym przykładem. Jaką bowiem drogę musiały przejść, aby trafić na nasze stoły? Najprawdopodobniej zostały zerwane w stanie nie nadającym się do spożycia, potraktowane w transporcie środkami chemicznymi, aby się nie zepsuły i po drodze dojrzały. W rezultacie konsument otrzymał owoc nieświeży, w którym zamiast witamin spożył porcję chemii. Ucierpiało też środowisko, ponieważ tysiące kilometrów, jakie musiały pokonać te jabłka, przełożyło się na zużycie ogromnej porcji paliwa.


Dziś nie można kupić zbyt wiele od rolnika. To nie jest wina rolnika, że nie chce sprzedawać tego, co wyprodukował dla siebie, lub życzy sobie więcej, niż za produkt zapłacimy w markecie. Nawiasem mówiąc, dlaczego ma nie życzyć sobie więcej za jakość, którą oferuje, nieporównywalnie wyższą od produktów ogólnie dostępnych? To jest wina systemu, który wykończył drobnych producentów żywności. 

System zdeprawował i nas. Kilka lat temu uważałam, że nie warto kupować jajek od „szczęśliwych kurek”, które trzymała sąsiadka, bo były dwa razy droższe niż te w Biedronce. Dziś, kiedy jestem bardziej świadoma tego, jak ważne jest to, co jem,  już nie mam wyboru. Jestem skazana na Biedronkę, ponieważ przez takich jak ja ludzi, sąsiadka zlikwidowała swoje kury, jako nieopłacalne i sama jaja kupuje w Biedronce. Dzieje się tak dlatego, że jedynym kryterium, jakie bierze pod uwagę większość ludzi, jest cena. Oczywiście, nie ma się co temu dziwić, większość ludzi w naszym kraju ledwo wiąże koniec z końcem. Nie zamierzam więc prawić Wam żadnych kazań na temat wyższości kryterium jakości nad ceną, ponieważ każdy z Was ma indywidualną sytuację finansową oraz przede wszystkim wybór.

Kilka lat temu nie chciało mi się nawet przywozić przetworów od mamy. Ile ona się naprosiła i nagadała na temat swoich ogródkowych warzyw, że zdrowe, że pyszne. Twierdziłam wówczas, że dla dwóch osób bardziej opłaca mi się kupować co kilka dni małe ilości warzyw w markecie, niż wozić się z pełnymi torbami słoików z Wrocławia do domu. Aż pewnego dnia, na przednówku, zastał nas chudszy finansowo czas. Przychylnym okiem spojrzałam na te wszystkie przetwory: sałatki, soczki, przeciery, które pozwoliły mi zaoszczędzić sporo pieniędzy w czasie, kiedy sytuacja zmusiła nas do oszczędzania. Dzięki nim jakość spożywanych posiłków nie tylko się nie obniżyła, ale znacznie polepszyła. To wtedy zaczęłam pierwszy raz zastanawiać się nad jakością pożywienia. 

Miody i wyroby z wosku lokalnego producenta z Bolkowa.

Myślę, że dla większości podstawowym kryterium, które zmusza do tego typu refleksji, są właśnie finanse. Przetwory domowe bowiem łączą w sobie zarówno jakość (szczególnie jeśli owoce i warzywa pochodzą ze znanego, zdrowego źródła) jak i spore oszczędności. Zimą i wczesną wiosną, kiedy warzywa są drogie, przetwory ratują nasz organizm i portfel. Dziś wręcz przymuszam mamę do produkcji, póki uprawia działkę. Jakoś nie potrafię sama się ogarnąć, aby utrzymać własny ogródek.

Nie namawiam Was do walki z systemem, choć mając wybór możemy mieć na niego pewien wpływ. Rozsądniej będzie mówić o potrzebie wdrażania pewnych indywidualnych praktyk. Metodą „kropla drąży skałę” można w ten sposób mieć wpływ nie tylko na swoje zdrowie, ale w przyszłości na swój region.

Wybierajmy w miarę możliwości produkty lokalne lub takie, które przebywają jak najkrótszą drogę od producenta, do konsumenta. Ja zaopatruję się w mięso w firmowym sklepie producenta oddalonego od mojego miejsca zamieszkania o nie więcej niż 10 km. To niewielki zakład przetwórstwa mięsa, który nawiasem mówiąc wielokrotnie zdobywał nagrody w swojej branży. Wiem, że zwierzęta, jakie do niego trafiają (szczególnie wołowina) pasie się na okolicznych łąkach. Płacę więcej za jakość (nie aż tak dużo, abym to odczuła, czy coś innego od ust sobie odejmowała), ale wiem, że wspieram nie tylko lokalną przedsiębiorczość, lecz i okolicznych producentów żywności. Mało tego, mam oko na to, co później trafi na mój stół.

Warto rozejrzeć się po okolicy, może ktoś oferuje miód z własnej pasieki, mleko od krowy czy kozy, którą możesz zobaczyć i ocenić jej stan zdrowia oraz wypytać o pasze, jakie stosuje właściciel. W ten sposób masz wpływ nie tylko na to, co sam spożywasz, ale na utrzymanie się lokalnego producenta na rynku. Jeśli nie będziemy tego świadomi, wkrótce nie będziemy mieć żadnego wyboru. Rolnicy wykarczują sady, zlikwidują hodowle i będziemy skazani wyłącznie na bardzo drogie jabłka z Nowej Zelandii, czy mięso z Chin.
Kończąc temat, którego tak naprawdę nie wyczerpałam nawet w ćwierci, otwieram swoje domowe wino z czereśni. Produkując wino z własnych owoców mam nie tylko pyszny dodatek do kolacji bez dodatków chemicznych, ale wiele oszczędzonych pieniędzy, które niegdyś wydawałam na alkohol w sklepie. Płaciłam tym samym wysoką akcyzę państwu, które powoli, ale niezwykle skutecznie, wykańcza drobnych i średnich producentów żywności skazując nas na brak wyboru tego, co jemy i pijemy. 

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Slow food


domowe przetwory
Choć mamy już wiosnę pełna gębą, a zima była długa i sroga, mnie zostało jeszcze dużo zimowych zapasów. Składają się na nie przetwory z warzyw, owoców oraz domowe wina. Nie wszystko robię sama. Sałatki warzywne robi mama wykorzystując płody swojej działki pracowniczej we Wrocławiu.

I tu mamy do czynienia z typowym dla naszego kraju paradoksem. Warzywa z miasta, choć w formie przetworów, przybywają na wieś. Dokładnie to samo zjawisko zachodzi w przypadku lokalnych sklepów warzywniczych. 
Kiedy jakiś czas temu próbowałam dowiedzieć się w warzywniaku w Gryfowie, od którego rolnika pochodzi produkt, sprzedawca popatrzył się na mnie, jakbym spadła z Księżyca. „Kupuję to wszystko na giełdzie rolnej we Wrocławiu”- rzekł. Wtedy tylko się uśmiechnęłam i przeszłam nad tym do porządku dziennego. Dziś, wspominając minioną jesień, kiedy zmarnowały się w moim sadzie tony wspaniałych jabłek starych odmian, które nigdy nie były traktowane pestycydami, czy inną chemią, zaczynam więcej o tym myśleć.

Jak to się dzieje, że lokalni sprzedawcy nie kupują świeżego towaru bezpośrednio od rolnika w okolicy, tylko opłaca im się jeździć setki kilometrów dwa razy w tygodniu, by zaopatrzyć się w warzywa i owoce z nieznanego źródła, prawdopodobnie pośrednika? Nie odebrałam wykształcenia związanego z przedsiębiorczością, zatem nie wiem. Wiem tylko, że nie jest to logiczne.

domowe wino
W dzisiejszych czasach warto zwrócić uwagę na problem tego, co jemy i od kogo konkretnie pochodzi żywność. Niezależnie od tego, czy kryzys jest, będzie, czy go nie ma i nie będzie, są ludzie, którzy ubożeją, podczas, gdy innym powodzi się świetnie. W obu warstwach wykształca się pewna grupka ludzi, którzy podchodzą do kwestii żywności w zupełnie inny sposób, niż cała reszta. Ludzie ubożsi mają dwa wyjścia, aby zaoszczędzić na jedzeniu. Kupują bezwartościowe, smakujące tekturą i środkami chemicznymi produkty w marketach (np. jabłka z Nowej Zelandii) wcale za niemałe pieniądze i tych jest większość, lub szukają taniego towaru bezpośrednio u rolnika i tych ludzi jest jeszcze bardzo mało. Ludzie bogatsi, którzy nie muszą liczyć się z każdym groszem, kupując w marketach nie myślą o tym, co robią, lub wydają ogromne pieniądze na produkty ze znaczkiem „eko”, które ktoś im podstawi pod sam nos.

Jeszcze bardzo powoli, ale jednak już w zauważalny sposób pojawia się trend związany z większą świadomością tego, co jemy. W dużych miastach modne są zdrowe i ekologiczne produkty.  Jak to naprawdę jest z tą eko-żywnością, jeszcze pewnie nie raz sobie tutaj porozmawiamy. Dziś chcę zwrócić uwagę na kilka spraw, które być może skłonią kogoś z Was do zastanowienia się nad swoim sposobem żywienia.

Żyjemy w świecie pełnym spalin i chemicznych wyziewów. Nie mamy zbyt dużego wpływu na to, gdzie się osiedlimy, bo zależy to od wielu czynników (pracy, szkoły, etc). Mamy za to ogromny wpływ na to, co jemy i od kogo pochodzi spożywana przez nas żywność. Zanim moje pokolenie (ludzi pomiędzy 30-40 rokiem życia) pójdzie na emeryturę, rząd podniesie wiek emerytalny jeszcze kilkukrotnie. Czy dożyjemy tej emerytury, zależy w dużej mierze od naszego trybu życia, a więc przede wszystkim od tego, czym się żywimy. W razie osobistego, czy globalnego kryzysu możemy zaoszczędzić na samochodzie, ubraniach, technologiach. Oby nikomu nie przyszło do głowy oszczędzać na żywności, gdyż tym samym skazujemy siebie i swoje dzieci na choroby i przedwczesną śmierć.

domowy żurek
Daleka jestem od snucia teorii spiskowych, że rząd chce nas wykończyć i spowodować abyśmy emerytury nie doczekali, bo dla wszystkich przecież pieniędzy nie starczy. Nie! My wykończymy się sami, ponieważ mając wybór, co jeść i gdzie jedzenie kupować, idziemy po najmniejszej linii oporu- do supermarketu po nowozelandzkie jabłka za 5 zł/kg. Nie myślimy o tym, że producent i kilku pośredników nie bierze zapłaty za jakość, ale za ilość. Nie zajmuje naszych głów to, co się z tymi owocami działo zanim z Nowej Zelandii trafiły na nasz stół. Jabłka, które ciężarem swoich kilku ton leżą mi na sercu (nie z powodu tego, że nie zarobiłam, ale dlatego, że zmarnowało się tyle zdrowej żywności, której jest na świecie bardzo mało) są tylko przykładem. Tak jest z wieloma produktami, które przy odrobinie refleksji możemy zastąpić ich zdrowymi odpowiednikami.

Dzisiejszy wpis nie miał Was wystraszyć, lecz jedynie skłonić do zastanowienia się nad rzeczami, na które być może nie zwracamy na co dzień uwagi. Następnym razem zajmę się praktyczną stroną tego, co dziś zasygnalizowałam- czyli co i od kogo kupować.

niedziela, 14 kwietnia 2013

Ser ricotta

Podróż do Prowansji rozbudziła moją kulinarną ciekawość i zainspirowała mnie do poszukiwań nowych smaków. Francja kojarzyła mi się zawsze z dwoma produktami- winem i serem. W winach rozsmakowałam się już dawno, szczególnie w tych swojej produkcji, teraz przyszła kolej na sery.

O włoskim serze ricotta słyszałam już dawniej, ale nie miałam jeszcze okazji go spróbować. Podczas pierwszych moich zakupów poświątecznych, pamiętając  jeszcze jak smakuje ser nad Morzem Śródziemnym, mój wzrok padł na opakowanie z ricottą. Sięgnęłam po niego i włożyłam do koszyka nie mając pojęcia, co to za ser i co ja mogę z niego zrobić? Uwielbiam kulinarne wyzwania, a odkąd pod ręką są przepisy z Internetu, każdy produkt, po który sięgam, a którego jeszcze nie znam, powoduje u mnie przyjemny dreszczyk zapowiadający coś nowego, nieznanego.

Przyznam, że sposób produkcji tego sera mnie zadziwił, ponieważ jest to produkt z serwatki. Wiele osób uważa serwatkę za odpad i albo daje ją zwierzętom, albo ją wylewa. Ja kiedy robię domowe twarożki, zostawiam serwatkę, aby na niej piec chleb. Dodaję ją zamiast wody.  Niektórzy ją piją, lub  robią zupę,  inni używają do okładów czy przemywania twarzy. Dla mnie serwatka jest za mdła, do picia się nie nadaje, a przy produkcji sera serwatki zostaje mnóstwo. Kąpać się przecież w niej nie będę :-) Wylewać serwatkę zawsze było mi żal. Wiem, że tam znajduje się mnóstwo wartościowych odżywczych substancji.

A tu proszę, Włosi opanowali produkcję sera z serwatki. To się dopiero nazywa oszczędność, bo przecież w serwatce pozostaje jeszcze całkiem sporo białka do wykorzystania. Nie jest to wprawdzie już kazeina, z której powstają tradycyjne sery, ale albuminy i globuliny. Nazwy z resztą nie mają tu wielkiego znaczenia. Ricotta jest po prostu pyszna!


Kiedy otworzyłam pudełko i spróbowałam serka, od razu wyczułam tam lekki posmak przypominający mi serek mascarpone. Ricotta jest lżejsza, ma mniej tłuszczu. Jest słodkawa, ponieważ zawiera laktozę. Nie nadaje się do kanapek i jedyne, co mi przyszło na myśl, to wykorzystanie jej jako farsz do potraw na słodko. Szczerze mówiąc, nie miałam czasu, aby szperać po Internecie za przepisami na ricottę. Miałam natomiast potrzebę zrobienia błyskawicznego, nieskomplikowanego obiadu. W takich podbramkowych sytuacjach najlepiej u mnie w domu sprawdzają się naleśniki. Zawsze mam pod ręką stosy słoiczków z domowymi dżemami. Szczególnie zimową porą, ale i na przednówku, królują mirabelki.
Jaki jest zatem mój pomysł na potrawę z serkiem ricotta? Bardzo prosty i bardzo smaczny.


Do opakowania serka ricotta dodałam płaską łyżkę cukru pudru i solidnie pomieszałam. Usmażone naleśniki posmarowałam serkiem, złożyłam na ćwierć i wierzch posmarowałam dżemem z mirabelek. Połączenie smaku serka i mirabelek jest nie do opisania. To trzeba po prostu spróbować. Robię naleśniki na setki sposobów. Ten przebił je wszystkie.
A czy Wy robicie jakieś smakołyki z serkiem ricotta?

Barter

Żeby zostać lokalnym, drobnym producentem, trzeba spełnić szereg wymogów. System nam nie tylko nie pomaga, ale wręcz przeszkadza. W całej cywilizowanej Europie lokalni rzemieślnicy, czy producenci regionalnej żywności są wspomagani, eksponowani, władze się nimi chwalą całemu światu. U nas koła Gospodyń Wiejskich są ścigane przez skarbówkę za nielegalne rozprowadzanie pierogów na regionalnych dożynkach. W naszym kraju jedynie minister sprawiedliwości może powiedzieć w telewizji, że „literę prawa ma w nosie”. Cała reszta społeczeństwa może spodziewać się kłopotów.

wspomnienie jarmarku-ręcznie produkowana ceramika

W czasach kiedy zalewa nas masowa produkcja gadżetów z Chin oraz mało wartościowej, ale taniej żywności z wszystkich części świata, trudno jest przebić się i utrzymać na rynku lokalnym producentom. Póki nie znajdą oni swoich stałych odbiorców lub po prostu produkują wyroby rękodzielnicze czy przetwory okazjonalnie, mogą wejść w korzystny układ z innymi wytwórcami- czyli w barter.

Transakcje bezgotówkowe to najstarsza forma nabywania, pamiętająca czasy, kiedy nie było żadnych środków płatniczych. Jeśli chcemy zaoszczędzić trochę grosza lub po prostu mamy taką fantazję, możemy rozejrzeć się, co oferują inni i czy zgodzą się  dać nam coś za nasz produkt.

Wymieniać możemy się nie tylko wyrobami, ale też usługami. Jednego dnia wyprowadzisz komuś psa, a drugiego dnia on popilnuje ci dziecka. Za bilety na imprezę, na którą nie możesz pójść, bo wypadło ci coś ważnego, możesz dostać pyszny domowy sernik. Formą barteru są również organizowane na blogach candy. Za możliwość zdobycia drobnego upominku, odwdzięczasz się umieszczeniem linku do bloga, który organizuje zabawę. 

Barter może być wspaniałą formą współpracy pośród mieszkańców małych społeczności. W obecnych czasach jest już sporo osiedleńców, którzy mają wpływ na swoje małe nowe ojczyzny i potrafią zarażać pomysłami okolicę. Pomyślcie sobie, jak fajnie żyłoby się w miejscu, gdzie jeden robi sery, bo hoduje kozy czy krowy, drugi piecze chleb, bo ma piec, a trzeci wytwarza przetwory, ponieważ jego hobby to ogrodnictwo, etc. W ten sposób nie musimy być samowystarczalni. Każdy robi to, co lubi i potrafi, a dzięki wymianie wszyscy jedzą zdrową żywność. 

sobota, 13 kwietnia 2013

Dziki ryż.



Chyba każdy świadomy konsument przyzna, że życie w naszym kraju nie sprzyja promowaniu zdrowej żywności i zdrowego stylu życia. Składa się na to wiele czynników. Brak promocji właściwych postaw, brak wsparcia drobnych rolników, którzy mogliby produkować żywność na rynek lokalny i wreszcie to, czego często nie zauważają ludzie w mieście karmieni medialnymi statystykami- ubóstwo, powoduje że sięgamy po najtańszą żywność.

Istnieje oczywiście druga strona tego medalu. Na bazie krytyki związanej ze śmieciowym jedzeniem wyrastają nam jak grzyby po deszczu różnego rodzaju mody eko. I bardzo dobrze, bo od czegoś trzeba zacząć.  Problem tkwi jednak w tym, że dziś, aby być eko, trzeba mieć bardzo gruby portfel. No chyba, że jesteś jednym z tych nielicznych samowystarczalnych producentów, którzy dla siebie i kurkę wyhodują i świnkę, a do niej marchewkę z groszkiem, czy buraczki. Cóż, możemy tylko pozazdrościć.

Ja mieszkając na wsi, chcąc mieć pewność (ufam etykietkom, bo komuś/czemuś trzeba), że moja żywność na pewno jest wyprodukowana w ekologiczny sposób (sama z różnych przyczyn nie mam możliwości jej wyprodukować), muszę udać się do dużego miasta, gdzie jest odpowiedni sklep. Mogę sobie nawet wziąć bezpłatną gazetkę i przeczytać o tym, jak fajnie żyją sobie krówki, których mięso dostępne jest w sklepie (wypasione= zdrowe+szczęśliwe) oraz w jaki sposób traktuje się olej, zanim trafi do butelki z etykietką ekologiczne. Wszystko jest super i pięknie, tylko niestety, nie stać mnie na te produkty.



Powiem Wam szczerze- chcę żyć w stylu eko, bo bardzo zależy mi na zdrowiu, kiedy jednak chodzę pomiędzy półkami w wyżej wymienionym sklepie, humor i entuzjazm mój gaśnie. Czasem jednak, mając na coś ochotę, przekonuję sama siebie, że jeśli dziś kupię ekologiczny dziki ryż za 22 zł/250 gr, to będę miała podstawę do dwóch obiadów dla dwóch osób, zamiast nieznanego pochodzenia kartofli (nie przepadamy), czy makaronu z Biedronki (lubimy, ale ileż można). Jeśli dziś wydam te 22 zł, to może w przyszłości zaoszczędzę na lekarstwach, czy na wizycie w szpitalu z powodu dokuczającej wątroby.

Dzięki takiej właśnie filozofii na mój talerz trafił dziki ryż, który tak naprawdę ryżem, w naszym rozumieniu tego słowa, nie jest, tylko północnoamerykańską trawą (choć należy do plemienia ryżowate).

Ostruda wodna (zizania) to jednoroczna trawa o wysokości do 2 m. Rośnie na bagnach i mokradłach. Stanowiła podstawę diety dla północnoamerykańskich Indian mieszkających przy wodnych zbiornikach. Indianie pod koniec lata na żniwa wypływali w swoich kanoe i kijami wytrzepywali ziarna ostrudy pozwalając części z nich osiąść na dnie, by plonów nie zabrakło na przyszły rok. Wokół tej rośliny w dawnych czasach narosły legendy i była, jak wiele roślin decydujących o życiu i śmierci społeczności, objęta kultem.
Święta roślina zatem uświetniła mój niedzielny obiad.



Dziki ryż na pierwszy rzut oka wygląda dosyć mało zachęcająco- jak jakieś połamane cieniutkie gałązki. Nieco przestraszyło mnie w opisie, że potrzebuje, by gotować go przez 45 minut. Żegnajcie zatem wszelkie witaminy. Być może uchowają się w oleju tłoczonym z tego produktu. Podobno, mimo że ostruda jest pokarmem niskotłuszczowym, tłoczy się z niej olej.

Odsypawszy połowę nasion z torebki, przepłukałam je obficie pod bieżącą wodą, wrzuciłam do garnka, osoliłam, zalałam wodą i postawiłam na gazie. Co rusz zerkałam w garnek spodziewając się efektu, jak przy prażeniu kukurydzy. Wydawało mi się bowiem, że biała masa powinna jakoś wyskoczyć z tej łupinki, ale nie miało to miejsca. Po 45 minutach, kiedy naprawdę niewiele ugotowane ziarno różniło się od surowego wyglądem, nie wytrzymałam ciśnienia i zajrzałam do Internetu. Moje ugotowane ziarno wyglądało jak w Wikipedii, zatem czas było podawać produkt na stół.


To, że nie wyrzuciłam dzikiego ryżu na podstawie samego wyglądu razem z garnkiem przez okno, miało miejsce tylko dlatego, ze zdecydowałam się spróbować danie jeszcze podczas gotowania. Moje czarnowidztwo oklapło na skutek interesującego smaku potrawy. A jednak mieliśmy fajny obiad w tę niedzielę. Szkoda tylko, że taki kosztowny :-(
Do ryżu podałam buraczki z czosnkiem, również mocno eko, ponieważ z ziarenka na działce wyhodowane i przyrządzone do słoiczków przez mamę oraz pewnie mniej ekologicznego duszonego kurczaka, z którego wywar wspaniale smakiem skomponował się z ostrudą.


Na pocieszenie poczytałam sobie, że dziki ryż jest naprawdę zdrowym produktem. Prócz tych witamin, które wg mnie nie przetrwały tak długiej obróbki termicznej, posiada związki mineralne (żelazo, potas, magnez, fosfor, cynk mangan), nienasycone kwasy tłuszczowe, błonnik. Jest smaczniejszy od tradycyjnego ryżu, choć cena i długi czas gotowania to zdecydowany minus tej potrawy. Można sobie na przyszłość zaoszczędzić czas i ilość zużytego do gotowania gazu, czy prądu przyrządzając całe opakowanie i przechowując część w lodówce lub mrożąc. Ja jednak wolę produkty świeżo przyrządzane.
Dziki ryż jest produktem bezglutenowym.

Co sądzicie o tego typu produktach eko? Czy jest to szalenie droga ekstrawagancja, czy inwestycja we własne zdrowie?