Wstęp

Kiedy zakładałam stronę slow travel myślałam przede wszystkim o tym, że mam Wam do zaoferowania spędzanie wolnego czasu- wakacji, weekendów w spokojnym wiejskim zakątku. To zaproszenie znajdziecie w zakładce „nasza oferta”.

Tak naprawdę jednak całe nasze życie jest podróżą w czasie i przestrzeni. Moje życie to ucieczka od kulturowo uwarunkowanych stereotypów, od wychowania w jedynie słusznej wierze i od pracy na etacie.

To jest przestrzeń związana z szeroko pojmowaną filozofią slow, która paradoksalnie zdobywa niezwykle szybko zwolenników na całym świecie. Jest buntem przeciwko postępującej komercjalizacji i bezrefleksyjnemu życiu.

Jak pogodzić współczesny model życia i nie stłamsić własnych pragnień i potrzeb? Jak znaleźć szczęście i spełnienie w dzisiejszych realiach? Jak tanio żyć, kiedy zrezygnowało się z udziału w "wyścigu szczurów"? Złotego środka będę szukać w najbardziej podstawowych aspektach naszego życia- w pożywieniu, w rękodziele, w rozrywce i w pracy.

sobota, 13 kwietnia 2013

Dziki ryż.



Chyba każdy świadomy konsument przyzna, że życie w naszym kraju nie sprzyja promowaniu zdrowej żywności i zdrowego stylu życia. Składa się na to wiele czynników. Brak promocji właściwych postaw, brak wsparcia drobnych rolników, którzy mogliby produkować żywność na rynek lokalny i wreszcie to, czego często nie zauważają ludzie w mieście karmieni medialnymi statystykami- ubóstwo, powoduje że sięgamy po najtańszą żywność.

Istnieje oczywiście druga strona tego medalu. Na bazie krytyki związanej ze śmieciowym jedzeniem wyrastają nam jak grzyby po deszczu różnego rodzaju mody eko. I bardzo dobrze, bo od czegoś trzeba zacząć.  Problem tkwi jednak w tym, że dziś, aby być eko, trzeba mieć bardzo gruby portfel. No chyba, że jesteś jednym z tych nielicznych samowystarczalnych producentów, którzy dla siebie i kurkę wyhodują i świnkę, a do niej marchewkę z groszkiem, czy buraczki. Cóż, możemy tylko pozazdrościć.

Ja mieszkając na wsi, chcąc mieć pewność (ufam etykietkom, bo komuś/czemuś trzeba), że moja żywność na pewno jest wyprodukowana w ekologiczny sposób (sama z różnych przyczyn nie mam możliwości jej wyprodukować), muszę udać się do dużego miasta, gdzie jest odpowiedni sklep. Mogę sobie nawet wziąć bezpłatną gazetkę i przeczytać o tym, jak fajnie żyją sobie krówki, których mięso dostępne jest w sklepie (wypasione= zdrowe+szczęśliwe) oraz w jaki sposób traktuje się olej, zanim trafi do butelki z etykietką ekologiczne. Wszystko jest super i pięknie, tylko niestety, nie stać mnie na te produkty.



Powiem Wam szczerze- chcę żyć w stylu eko, bo bardzo zależy mi na zdrowiu, kiedy jednak chodzę pomiędzy półkami w wyżej wymienionym sklepie, humor i entuzjazm mój gaśnie. Czasem jednak, mając na coś ochotę, przekonuję sama siebie, że jeśli dziś kupię ekologiczny dziki ryż za 22 zł/250 gr, to będę miała podstawę do dwóch obiadów dla dwóch osób, zamiast nieznanego pochodzenia kartofli (nie przepadamy), czy makaronu z Biedronki (lubimy, ale ileż można). Jeśli dziś wydam te 22 zł, to może w przyszłości zaoszczędzę na lekarstwach, czy na wizycie w szpitalu z powodu dokuczającej wątroby.

Dzięki takiej właśnie filozofii na mój talerz trafił dziki ryż, który tak naprawdę ryżem, w naszym rozumieniu tego słowa, nie jest, tylko północnoamerykańską trawą (choć należy do plemienia ryżowate).

Ostruda wodna (zizania) to jednoroczna trawa o wysokości do 2 m. Rośnie na bagnach i mokradłach. Stanowiła podstawę diety dla północnoamerykańskich Indian mieszkających przy wodnych zbiornikach. Indianie pod koniec lata na żniwa wypływali w swoich kanoe i kijami wytrzepywali ziarna ostrudy pozwalając części z nich osiąść na dnie, by plonów nie zabrakło na przyszły rok. Wokół tej rośliny w dawnych czasach narosły legendy i była, jak wiele roślin decydujących o życiu i śmierci społeczności, objęta kultem.
Święta roślina zatem uświetniła mój niedzielny obiad.



Dziki ryż na pierwszy rzut oka wygląda dosyć mało zachęcająco- jak jakieś połamane cieniutkie gałązki. Nieco przestraszyło mnie w opisie, że potrzebuje, by gotować go przez 45 minut. Żegnajcie zatem wszelkie witaminy. Być może uchowają się w oleju tłoczonym z tego produktu. Podobno, mimo że ostruda jest pokarmem niskotłuszczowym, tłoczy się z niej olej.

Odsypawszy połowę nasion z torebki, przepłukałam je obficie pod bieżącą wodą, wrzuciłam do garnka, osoliłam, zalałam wodą i postawiłam na gazie. Co rusz zerkałam w garnek spodziewając się efektu, jak przy prażeniu kukurydzy. Wydawało mi się bowiem, że biała masa powinna jakoś wyskoczyć z tej łupinki, ale nie miało to miejsca. Po 45 minutach, kiedy naprawdę niewiele ugotowane ziarno różniło się od surowego wyglądem, nie wytrzymałam ciśnienia i zajrzałam do Internetu. Moje ugotowane ziarno wyglądało jak w Wikipedii, zatem czas było podawać produkt na stół.


To, że nie wyrzuciłam dzikiego ryżu na podstawie samego wyglądu razem z garnkiem przez okno, miało miejsce tylko dlatego, ze zdecydowałam się spróbować danie jeszcze podczas gotowania. Moje czarnowidztwo oklapło na skutek interesującego smaku potrawy. A jednak mieliśmy fajny obiad w tę niedzielę. Szkoda tylko, że taki kosztowny :-(
Do ryżu podałam buraczki z czosnkiem, również mocno eko, ponieważ z ziarenka na działce wyhodowane i przyrządzone do słoiczków przez mamę oraz pewnie mniej ekologicznego duszonego kurczaka, z którego wywar wspaniale smakiem skomponował się z ostrudą.


Na pocieszenie poczytałam sobie, że dziki ryż jest naprawdę zdrowym produktem. Prócz tych witamin, które wg mnie nie przetrwały tak długiej obróbki termicznej, posiada związki mineralne (żelazo, potas, magnez, fosfor, cynk mangan), nienasycone kwasy tłuszczowe, błonnik. Jest smaczniejszy od tradycyjnego ryżu, choć cena i długi czas gotowania to zdecydowany minus tej potrawy. Można sobie na przyszłość zaoszczędzić czas i ilość zużytego do gotowania gazu, czy prądu przyrządzając całe opakowanie i przechowując część w lodówce lub mrożąc. Ja jednak wolę produkty świeżo przyrządzane.
Dziki ryż jest produktem bezglutenowym.

Co sądzicie o tego typu produktach eko? Czy jest to szalenie droga ekstrawagancja, czy inwestycja we własne zdrowie?

4 komentarze:

  1. Witaj, jakoś przegapiłam istnienie tego twojego bloga, a jest to temat, który bardzo mnie interesuje. Staram się bardzo kupować rozważnie i dbam o to, co jem. Wolę kupić 10 dkg prawdziwej wędliny niż pół kilo chemii z solanką. Jest to jednak, tak jak piszesz, kosztowna impreza. Nie mam warunków do uprawiania własnych warzyw, staram się jednak w lecie kupować na rynku od małych producentów. Twaróg, masło i maślankę dostarcza mi do domu zaprzyjaźniona gospodyni, która produkuje to u siebie w domu i wiem, że nic do tego nie dodaje. Wierz mi, smak nie do porównania z wyrobami sklepowymi. Niedawno odkryłam portal promujący zdrowe jedzenie i kupowanie produktów lokalnych. Skupują produkty od lokalnych producentów ekologicznych i można zamówić przez internet, nabiał, wędliny , warzywa, właściwie wszystko. Ceny nie są jakieś horrendalne, choć oczywiście droższe niż zwykłe produkty, ale tańsze niż w sklepach stricte ekologicznych. Kupuję tam m.in. ziemniaki i jabłka eko. Ziemniaki są po prostu rewelacyjne i smak mają jak takie pamiętane z dzieciństwa a kosztują 2,50 za kg. W porównaniu ze zwykłymi, to oczywiście drogo, ale kwota sama w sobie chyba do przeżycia. Przyjemność z jedzenia tych produktów podwójna! Przepraszam, że się tak rozpisałam, pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem, czy tak jest wszędzie na zachodniej ścianie Polski, ale u nas nie ma możliwości nabycia produktów od lokalnych gospodarzy. Tu się nic nikomu nie opłaca. Niemal każdy ma kogoś, kto pracuje na zachodzie Europy, to co się będzie urabiał po pachy dla idei?
    Sytuację uratować mogą jedynie pasjonaci- ludzie, którzy są zbuntowani przeciwko komercjalizacji. Mam nadzieję, że ta zdrowa moda na życie w stylu "slow" będzie szybko :-) się rozwijać. Skorzystają na tym wszyscy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No fakt, generalnie panuje zasada, że nic się nikomu nie opłaca. Moda na slow mogłaby sprawić, żeby producentom się opłacało, ale musiałaby stać się bardziej powszechna, a tu jakoś czarno widzę... Zwykli "zjadacze chleba" nie są tym raczej zainteresowani, nie ze swojej winy zresztą, często warunki na to nie pozwalają, ale cóż , trzeba być optymistą!

      Usuń
    2. Od czegoś trzeba zacząć, a jak to mówią- kropla drąży skałę. Znając mechanizm trendów, wróżę, że za jakieś 2 lata w Polsce będzie się dużo mówiło o ruchu "slow". Znając też polskie realia systmu, głównie w przypadku rzucania ludziom kłód po nogi, będzie ciężko. Ale to nie znaczy, że mamy się przyglądać, jak system wykańcza nas nie tylko ekonomicznie, ale i ruinuje nasze zdrowie.

      Usuń