Wstęp

Kiedy zakładałam stronę slow travel myślałam przede wszystkim o tym, że mam Wam do zaoferowania spędzanie wolnego czasu- wakacji, weekendów w spokojnym wiejskim zakątku. To zaproszenie znajdziecie w zakładce „nasza oferta”.

Tak naprawdę jednak całe nasze życie jest podróżą w czasie i przestrzeni. Moje życie to ucieczka od kulturowo uwarunkowanych stereotypów, od wychowania w jedynie słusznej wierze i od pracy na etacie.

To jest przestrzeń związana z szeroko pojmowaną filozofią slow, która paradoksalnie zdobywa niezwykle szybko zwolenników na całym świecie. Jest buntem przeciwko postępującej komercjalizacji i bezrefleksyjnemu życiu.

Jak pogodzić współczesny model życia i nie stłamsić własnych pragnień i potrzeb? Jak znaleźć szczęście i spełnienie w dzisiejszych realiach? Jak tanio żyć, kiedy zrezygnowało się z udziału w "wyścigu szczurów"? Złotego środka będę szukać w najbardziej podstawowych aspektach naszego życia- w pożywieniu, w rękodziele, w rozrywce i w pracy.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Slow food


domowe przetwory
Choć mamy już wiosnę pełna gębą, a zima była długa i sroga, mnie zostało jeszcze dużo zimowych zapasów. Składają się na nie przetwory z warzyw, owoców oraz domowe wina. Nie wszystko robię sama. Sałatki warzywne robi mama wykorzystując płody swojej działki pracowniczej we Wrocławiu.

I tu mamy do czynienia z typowym dla naszego kraju paradoksem. Warzywa z miasta, choć w formie przetworów, przybywają na wieś. Dokładnie to samo zjawisko zachodzi w przypadku lokalnych sklepów warzywniczych. 
Kiedy jakiś czas temu próbowałam dowiedzieć się w warzywniaku w Gryfowie, od którego rolnika pochodzi produkt, sprzedawca popatrzył się na mnie, jakbym spadła z Księżyca. „Kupuję to wszystko na giełdzie rolnej we Wrocławiu”- rzekł. Wtedy tylko się uśmiechnęłam i przeszłam nad tym do porządku dziennego. Dziś, wspominając minioną jesień, kiedy zmarnowały się w moim sadzie tony wspaniałych jabłek starych odmian, które nigdy nie były traktowane pestycydami, czy inną chemią, zaczynam więcej o tym myśleć.

Jak to się dzieje, że lokalni sprzedawcy nie kupują świeżego towaru bezpośrednio od rolnika w okolicy, tylko opłaca im się jeździć setki kilometrów dwa razy w tygodniu, by zaopatrzyć się w warzywa i owoce z nieznanego źródła, prawdopodobnie pośrednika? Nie odebrałam wykształcenia związanego z przedsiębiorczością, zatem nie wiem. Wiem tylko, że nie jest to logiczne.

domowe wino
W dzisiejszych czasach warto zwrócić uwagę na problem tego, co jemy i od kogo konkretnie pochodzi żywność. Niezależnie od tego, czy kryzys jest, będzie, czy go nie ma i nie będzie, są ludzie, którzy ubożeją, podczas, gdy innym powodzi się świetnie. W obu warstwach wykształca się pewna grupka ludzi, którzy podchodzą do kwestii żywności w zupełnie inny sposób, niż cała reszta. Ludzie ubożsi mają dwa wyjścia, aby zaoszczędzić na jedzeniu. Kupują bezwartościowe, smakujące tekturą i środkami chemicznymi produkty w marketach (np. jabłka z Nowej Zelandii) wcale za niemałe pieniądze i tych jest większość, lub szukają taniego towaru bezpośrednio u rolnika i tych ludzi jest jeszcze bardzo mało. Ludzie bogatsi, którzy nie muszą liczyć się z każdym groszem, kupując w marketach nie myślą o tym, co robią, lub wydają ogromne pieniądze na produkty ze znaczkiem „eko”, które ktoś im podstawi pod sam nos.

Jeszcze bardzo powoli, ale jednak już w zauważalny sposób pojawia się trend związany z większą świadomością tego, co jemy. W dużych miastach modne są zdrowe i ekologiczne produkty.  Jak to naprawdę jest z tą eko-żywnością, jeszcze pewnie nie raz sobie tutaj porozmawiamy. Dziś chcę zwrócić uwagę na kilka spraw, które być może skłonią kogoś z Was do zastanowienia się nad swoim sposobem żywienia.

Żyjemy w świecie pełnym spalin i chemicznych wyziewów. Nie mamy zbyt dużego wpływu na to, gdzie się osiedlimy, bo zależy to od wielu czynników (pracy, szkoły, etc). Mamy za to ogromny wpływ na to, co jemy i od kogo pochodzi spożywana przez nas żywność. Zanim moje pokolenie (ludzi pomiędzy 30-40 rokiem życia) pójdzie na emeryturę, rząd podniesie wiek emerytalny jeszcze kilkukrotnie. Czy dożyjemy tej emerytury, zależy w dużej mierze od naszego trybu życia, a więc przede wszystkim od tego, czym się żywimy. W razie osobistego, czy globalnego kryzysu możemy zaoszczędzić na samochodzie, ubraniach, technologiach. Oby nikomu nie przyszło do głowy oszczędzać na żywności, gdyż tym samym skazujemy siebie i swoje dzieci na choroby i przedwczesną śmierć.

domowy żurek
Daleka jestem od snucia teorii spiskowych, że rząd chce nas wykończyć i spowodować abyśmy emerytury nie doczekali, bo dla wszystkich przecież pieniędzy nie starczy. Nie! My wykończymy się sami, ponieważ mając wybór, co jeść i gdzie jedzenie kupować, idziemy po najmniejszej linii oporu- do supermarketu po nowozelandzkie jabłka za 5 zł/kg. Nie myślimy o tym, że producent i kilku pośredników nie bierze zapłaty za jakość, ale za ilość. Nie zajmuje naszych głów to, co się z tymi owocami działo zanim z Nowej Zelandii trafiły na nasz stół. Jabłka, które ciężarem swoich kilku ton leżą mi na sercu (nie z powodu tego, że nie zarobiłam, ale dlatego, że zmarnowało się tyle zdrowej żywności, której jest na świecie bardzo mało) są tylko przykładem. Tak jest z wieloma produktami, które przy odrobinie refleksji możemy zastąpić ich zdrowymi odpowiednikami.

Dzisiejszy wpis nie miał Was wystraszyć, lecz jedynie skłonić do zastanowienia się nad rzeczami, na które być może nie zwracamy na co dzień uwagi. Następnym razem zajmę się praktyczną stroną tego, co dziś zasygnalizowałam- czyli co i od kogo kupować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz