Wstęp

Kiedy zakładałam stronę slow travel myślałam przede wszystkim o tym, że mam Wam do zaoferowania spędzanie wolnego czasu- wakacji, weekendów w spokojnym wiejskim zakątku. To zaproszenie znajdziecie w zakładce „nasza oferta”.

Tak naprawdę jednak całe nasze życie jest podróżą w czasie i przestrzeni. Moje życie to ucieczka od kulturowo uwarunkowanych stereotypów, od wychowania w jedynie słusznej wierze i od pracy na etacie.

To jest przestrzeń związana z szeroko pojmowaną filozofią slow, która paradoksalnie zdobywa niezwykle szybko zwolenników na całym świecie. Jest buntem przeciwko postępującej komercjalizacji i bezrefleksyjnemu życiu.

Jak pogodzić współczesny model życia i nie stłamsić własnych pragnień i potrzeb? Jak znaleźć szczęście i spełnienie w dzisiejszych realiach? Jak tanio żyć, kiedy zrezygnowało się z udziału w "wyścigu szczurów"? Złotego środka będę szukać w najbardziej podstawowych aspektach naszego życia- w pożywieniu, w rękodziele, w rozrywce i w pracy.

niedziela, 26 maja 2013

Księgi wieczyste.


Znalazłam się ostatnio na rozdrożu w związku z odzyskanym przez rodzinę Dworem Feillów na Woli Zręczyckiej. Były z tym bardzo poważne problemy (rodzina starała się dojść swoich praw przez 23 lata), ale dzięki nim nauczyliśmy się zwracać uwagę na pewne sprawy. Nie każdy o nich pamięta, dlatego warto poruszyć przy tej okazji bardzo ważną kwestię, która już niejednego nieuważnego inwestora doprowadziła do utraty całego majątku. Mowa jest tutaj o księgach wieczystych i wszelkich związanych z nimi niuansów.

Księgi prowadzone są przez wydziały ksiąg wieczystych przy sądach rejonowych . 
Księga wieczysta składa się z 4 działów:
Dział I-O „oznaczenie nieruchomości”- tu znajdują się wszelkie informacje o numerach i adresach działek i zabudowań.
Dział I-Sp „Spis praw związanych z własnością”
Dział II- „Własność”- tutaj możemy spodziewać się niejednokrotnie pułapek w postaci tzw wzmianek, które omówię niżej.
Dział III- „Prawa, roszczenia, ograniczenia”
Dział IV „Hipoteka”

Warto pamiętać że to, co jest napisane w księdze wieczystej danej nieruchomości uznaje się, na mocy ustawy o księgach wieczystych, za zgodne z prawdą i ze stanem faktycznym. Jest to tzw „rękojmia wiary publicznej”. Przy zakupie lub dzierżawie nieruchomości nie można zatem zasłaniać się niewiedzą, czy nieznajomością treści księgi wieczystej. Zainteresowany musi ze zrozumieniem zapoznać się z jej treścią, gdyż leży to w jego interesie. Jeśli ktoś sprzeda lub wynajmie nieruchomość, która do niego nie należy, osoba wynajmująca lub kupująca jest stratna. Musi liczyć się z tym, że nie odzyska swoich pieniędzy i nie może tłumaczyć się, że czegoś nie wiedziała.
Treść księgi wieczystej interesującej nas nieruchomości możemy przeglądać pod tym linkiem

Do napisania tego postu skłoniła mnie nasza rodzinna sytuacja. Otóż okazało się, że Politechnika Krakowska, która była błędnie wpisana do księgi wieczystej pewnej rodzinnej nieruchomości, mimo iż zapadło kilka administracyjnych i sądowych prawomocnych i ostatecznych orzeczeń na niekorzyść tej instytucji, wydzierżawiła obiekt osobie postronnej. Osoba ta, dzięki temu mojemu wpisowi na blogu, zwróciła się do mnie o dodatkowe informacje dotyczące owej nieruchomości. Osoba została poinformowana przez nas o sytuacji prawnej obiektu i okazało się, że nie zapoznała się z treścią ksiąg wieczystych. Osoba ta zamierzała (i swój zamiar zrealizowała, mimo naszych ostrzeżeń) zainwestować w nieruchomość swoje pieniądze bez upewnienia się, czy instytucja, która obiekt wynajęła jest jego prawnym właścicielem.

Gwarancję domniemania prawdy zawartej w księgach wieczystych wyłączają wpisy ostrzeżeń i tzw. wzmianki. Wpis związany z ostrzeżeniem jest jasny, jeśli mówi o niezgodności treści księgi wieczystej ze stanem rzeczywistym. Taki wpis pojawia się, kiedy ktoś złoży do sądu roszczenie, że ma wobec danej nieruchomości jakieś prawa. Sąd nakazuje wówczas wpisanie informacji o roszczeniach i kupujący lub dzierżawiący nieruchomość, wobec której taka informacja została zawarta, wykonuje wszelkie działania na swoją odpowiedzialność i musi liczyć się z tym, że straci to, co zainwestował. Ja polecam trzymać się z daleka od tego typu obciążonych ostrzeżeniami i wzmiankami nieruchomości.

Tak wygląda przykładowa treść ostrzeżenia. 

Prawdziwą natomiast pułapką mogą okazać się tzw. wzmianki. Trudno te wzmianki wypatrzyć, ponieważ jest to ciąg cyfr i liter bez konkretnej treści. Taka wzmianka może oznaczać, że  nieruchomość została niedawno sprzedana i urzędnicy nie zdążyli jeszcze sporządzić stosownych zmian właściciela w księgach wieczystych. Znając specyfikę pracy naszych urzędów (w niektórych wydziałach ksiąg wieczystych wciąż na wpis czeka się pół roku!) nieuczciwy sprzedawca może wielokrotnie dokonać sprzedaży już nie swojej nieruchomości. Urzędnik informację o zmianie właściciela może zamieścić kilka miesięcy po zakupie, ale wzmianka o tym musi znaleźć się w księdze wieczystej w momencie, kiedy do sądu wpłyną dokumenty. Aby odcyfrować treść wzmianki, która znalazła się w księdze wieczystej interesującej nas nieruchomości, należy udać się do sądu, gdzie księga jest prowadzona i zażądać informacji, czego dotyczy dana wzmianka. Zlekceważenie wzmianki może skutkować tym, że stracimy dorobek swojego życia.


Te niewiele mówiące osobie postronnej wzmianki na powyższym obrazku oznaczają dla beztroskiego dzierżawcy naszej nieruchomości olbrzymie kłopoty. Wydzierżawił on bowiem dwór od Politechniki Krakowskiej, która nie jest jego właścicielem i zaczął inwestować w niego pieniądze. Pierwsza wzmianka dotyczła prawomocnego wyroku sądu dotyczącego zwrotu dworu rodzinie, druga zaś informowała o rychłej, mającej dokonać się na dniach,  zmianie treści w księdze wieczystej dotyczącej wpisania w rubryczki prawowitych właścicieli :-) Co też rychło się dokonało.

W księgach wieczystych znajdują się również informacje dotyczące służebności związanych z daną nieruchomością. Mogą tam być zapisy o tym, że sąsiad ma prawo przejeżdżać przez naszą posesję do swojego pola, może też przebiegać przez nią linia telefoniczna, energetyczna czy gazociąg. Niektóre służebności obniżają wartość działki.
W księgach wieczystych znajdują się również informacje o zadłużeniu.

Pozostaje mi życzyć Wam czujności przy zakupie lub dzierżawie nieruchomości :-)

Jeśli ktoś chce zaopiekować się naszym dworem i objąć go w dzierżawę, a dwór ma niesamowity potencjał, jeśli chodzi o jego wykorzystanie, zapraszam do zapoznania się z naszą ofertą:

środa, 22 maja 2013

Görlitz- oferta dla Polaków.


Czytelnicy mojego prywatnego bloga zapewne wiedzą, że pozostaję pod ogromnym wrażeniem urokliwego niemieckiego miasteczka Görlitz. Bardzo lubię przechadzać się uliczkami tej zabytkowej miejscowości, która nie ucierpiała za bardzo podczas drugiej wojny światowej. Dzięki temu można zobaczyć tam zabytki z różnych epok. Miasto położone przy starym kupieckim szlaku Via Regia oraz przy dawnym szlaku pątniczym, dziś nazwanym szlakiem św. Jakuba (poznacie go po oznakowaniu muszelkami), zachwyca swoją architekturą i to zarówno sakralną jak i świecką. Dużo można pisać na temat zabytków, kościołów, muzeów oraz wartości artystycznej i estetycznej Görlitz, ale dziś skupię się na temacie, czy warto w tym mieście zamieszkać?

Ciągi przepięknych stylowych kamienic w Görlitz

Przechadzając się co rusz owymi urokliwymi uliczkami każdemu rzuca się w oczy, że coś tu jest nie tak, czegoś w tym mieście jakby brakuje. Otóż temu miastu brakuje życia. Pieczołowicie odrestaurowane, najbardziej na wschód wysunięte niemieckie miasteczko, które miało stać się wizytówką Niemiec, wprost świeci pustkami. Niemcy wpompowali w nie olbrzymie pieniądze, odremontowali zabytkowe kamienice, udostępnili spektakularne zabytki oraz stworzyli tam swoiste centrum kultury. Nic nie jest jednak w stanie przyciągnąć na powrót tych, którzy uciekli z kresów na zachód Niemiec, kiedy runął berliński mur.

Władzom miasta nie pozostało zatem nic innego, jak zaprosić Polaków do osiedlania się w tym pięknym miejscu i dać im na początek szereg ulg na zagospodarowanie się. Obecnie obowiązującą ofertą dla Polaków chcących zamieszkać w Görlitz, jest podpisanie umowy najmu mieszkania na 18 miesięcy (a uwierzcie, że jest w czym wybierać, mnóstwo pięknie wyremontowanych lokali świeci pustkami) w zamian za zwolnienie od podstawowego czynszu (ok 300 euro/mies za 2 pokoje) na okres 3 miesięcy. Nowy mieszkaniec przez ten czas ma zagwarantowaną darmową komunikację miejską oraz pakiet energooszczędny.

Odremontowany lokal restauracyjny -do kupienia 

W Niemczech nie jest to popularne, ale jeśli ktoś ma na to ochotę, można kupić mieszkanie. Wyremontowane mieszkanie w pięknej kamienicy wielkości ok 80 metrów kwadratowych to koszt ok 37 tys. euro. Mieszkanie do remontu (w przypadku tamtejszych kamienic chodzi naprawdę jedynie o „lifting”) można nabyć za 9 tys. euro. Obiło mi się też o uszy, że całą kamienicę do remontu można nabyć już za 16 tys. euro.

Kamienica do remontu -do kupienia za grosze. 
Jak widać nie jest to jakaś ruina.

Do tego wszystkiego należy dodać naprawdę wysokiej jakości opiekę zdrowotną oraz słynny niemiecki socjal. Mnie dodatkowo kuszą walory estetyczne, historyczne oraz kulturalne, jakie oferuje mieszkańcom miasteczko Görlitz . Gdybym nie była mocno ugruntowana w swoim miejscu na ziemi, naprawdę zaczęłabym się mocno zastanawiać nad tą ofertą tym bardziej, że znam kilka osób, które tam mieszkają już od lat.

I tu zaczęłam się zastanawiać, gdzie jest haczyk i dlaczego przynajmniej połowa Zgorzelca nie skorzystała jeszcze z tej oferty? 
Oczywiście, chodzi tutaj o przepaść ekonomiczną, jaka dzieli nawet najbiedniejszych Niemców od Polaków. Przeciętny Polak ze swoją bardzo przeciętną prowincjonalną polską pensją nie utrzyma się w Görlitz, choćby nawet zakupy robił w Zgorzelcu. Do czynszu podstawowego trzeba doliczyć drugie tyle kosztów dodatkowych związanych z opłatami za media. Czynsz zatem urasta do kwoty ok 600 euro za 2 pokojowe mieszkanie lub nawet ponad tę kwotę, ponieważ właściciele mieszkania świadomie zaniżają koszty, by przyciągnąć klienta, które potem trzeba dopłacić. Po niemieckiej stronie, tuż przy granicy z Polską, nie bardzo jest gdzie się zatrudnić, ponieważ okolica jest wyludniona. Nie ma ludzi, nie ma też dla nich infrastruktury. Jest to bardzo smutne i osobiście mam nadzieję, że ten problem mimo wszystko w jakiś sposób się rozwiąże.

Tak wyglądają klatki schodowe kamienic w Görlitz. 
Mnie osobiście zachwycają.

Owszem, nie jest to oferta dla mas, ale w Görlitz i okolicach istnieje już spora grupka Polaków, którzy dają radę i co więcej, bardzo sobie chwalą mieszkanie w tym miejscu. Moi znajomi to albo lekarze zatrudnieni w niemieckim szpitalu, albo ludzie wykonujący wolny zawód, czyli tacy, którzy mogą zarabiać przyzwoite pieniądze w każdym miejscu na ziemi.  Bliskość Polski, która jest na wyciągnięcie ręki, gwarantuje dobre samopoczucie, co też jest ważne, ponieważ wiemy, jak bardzo Polakom za granicą dokucza nostalgia.

Osobom przedsiębiorczym, które mają wyższe dochody niż przeciętna prowincjonalna rodzina, poleciłabym rozważenie skorzystania z tej oferty, jaką oferują Polakom władze Görlitz. Może znajdzie się ktoś na tyle sprytny w biznesie, że wymyśli pomysł na to miejsce, co pozwoli dać pracę i nadzieję na rozwój tego pięknego miejsca innym?

niedziela, 19 maja 2013

Konserwanty w pożywieniu.


Nie ma się co oszukiwać. W dzisiejszych czasach nie unikniemy żywności pozbawionej w stu procentach konserwantów i sztucznych dodatków. Jeśli nie jesteśmy amiszami, którzy sami od podstaw produkują żywność, lub przynajmniej pasjonatami, którzy całe swoje życie podporządkowują odżywianiu się bez chemii, nie unikniemy konserwantów. Nie chodzi zatem o to, by zupełnie zwariować na tym punkcie, ale aby spożywać chemii w pokarmie, jak najmniej. Zdecydowana większość z nas to ludzie zapracowani, którzy mają wiele innych problemów i nie mogą się koncentrować jedynie na układaniu codziennego menu. Zazdroszczę osobom, które jednak potrafią to w miarę ogarniać. Ja się bardzo staram, ale drogę do żywieniowego puryzmu mam jeszcze daleką i krętą. Pierwszym i najważniejszym jednak ku temu krokiem jest świadomość tego, co jemy.




W ostatnim czasie zwróciłam uwagę na to, że coraz częściej na opakowaniach i w reklamach pojawiają się informacje, że jakiś produkt nie zawiera konserwantów. Jest to kolejna manipulacja i marketingowa bajeczka, którą wciskają nam producenci żywności przetworzonej. Jakim cudem bowiem produkt, bez substancji konserwujących, ma kilka miesięcy przydatności do spożycia? 
Kiedy kupuję czyste mięso, mam góra dwa dni na jego przetworzenie. Jeśli wiem, że nie zdążę go spożyć, mięso zamrażam. Jakim zatem cudem ketchupy, majonezy, sosy, mogą bez konserwantów mieć rok przydatności do spożycia? No nie mogą! Napis „bez konserwantów” na opakowaniu oznacza tylko i jedynie fakt, że nie użyto na etykietce przy składzie słowa „konserwant”. Zamiast tego znajdziemy opisy, które nazywają konserwanty innymi słowami. W produktach „bez konserwantów” znajdziemy zatem: substancje wzmacniające smak i zapach, stabilizatory, zagęstniki, przeciwutleniacze. Te substancje- w dużym procencie środki chemiczne- służą temu, aby przedłużyć przydatność produktu do spożycia, a zatem ją zakonserwować. Czyli co to jest? Konserwanty!

Konserwanty kojarzymy z literką E. Nie trzeba popadać w panikę na widok każdego E. Mamy bowiem pośród nich substancje rzeczywiście szkodliwe, a nawet rakotwórcze, jak i substancje całkowicie naturalne. Do rakotwórczych, których należy unikać, nawet jeśli są w niewielkich ilościach dopuszczone jako dodatki do żywności, należą m in benzoesan sodu (E 211), benzoesan potasu (E 212), kwas benzoesowy (E 210) azotyny i azotany. Znajdziemy je w majonezach, sosach, konserwach, słodyczach, napojach gazowanych, dżemach, marynatach, wędlinach i żółtych serach.

Produkcja własnego żółtego sera w przeciętnym
 gospodarstwie domowym nie jest możliwa. 
Korzystajmy w miarę możliwości z serów robionych 
w gospodarstwach do tego wyspecjalizowanych.

Trzeba też pamiętać, że niektóre konserwanty są przyczyną zaburzeń w trawieniu oraz alergii pokarmowych i skórnych.
Pamiętajmy też, że istnieją naturalne konserwanty, które w dłuższej perspektywie nie powinny mieć żadnego wpływu na nasze zdrowie. Wynotowałam dla Was te, które wydają się być neutralne:

E 260- kwas octowy
E 261- octan potasu
E 262- octan sodu
E 268- octan wapnia
E 270- kwas mlekowy
E 290- dwutlenek węgla
Przy czym oczywiście należy pamiętać, że np. dwutlenek węgla może u niektórych powodować wzdęcia i złe samopoczucie, ale jest to cecha osobnicza.

Jak zatem uchronić się od nadmiernego spożycia chemii? Nie dajmy się zwariować, ale róbmy to, co jesteśmy w stanie zrobić dla własnego zdrowia w warunkach domowych nie tylko na wsi, ale i w mieście. Dzięki współczesnym technologiom nie jest problemem upiec w maszynie chleb, zrobić małym wysiłkiem ciasto na domowy makaron czy pierogi, lub upiec placek z owocami, zamiast kupować gotowe ciasta w marketach. Maszynki do wyciskania soków ze świeżych owoców i maszynki do mielenia mięsa na domowe pasztety, czy pulpety też są bez trudu dostępne. Pamiętajmy o tym, żeby raczej kupować mizerniej prezentujące się warzywa i owoce bezpośrednio na targach, lub od gospodarza, niż wyglądające na plastikowe, piękne wielkie jabłka i marchewki z marketu. Te ostatnie-jak to mawia moja przyjaciółka- rosną „na pampersach”- czyli w warunkach bezglebowych, najmniej przypominających naturalne.

Bezglebowa uprawa owoców. 
Fizjonomia "farmera" zdradza, skąd biorą się zimą truskawki w marketach.

Zamiast wędlin można piec szynki w piekarniku (taniej, zdrowiej i 100% mięsa), a jako naturalnych konserwantów używać soli, cebuli i czosnku.

środa, 15 maja 2013

Witamina C


W środowisku moich znajomych dosyć sporo osób zażywa bardzo duże dawki witaminy C ponieważ twierdzą, że pomaga im ona przezwyciężyć przeziębienie, a czasem nawet do niego nie dopuścić. Nigdy nie wierzyłam w te słowa, ale nie miałam też dowodów na to, aby jednoznacznie stwierdzić, że jest to nieprawda i że efekt, który na sobie obserwują to nic innego, jak powszechnie znana reakcja na placebo. Argumentem, który przemawiał na korzyść witaminy C miała być jej rzekoma nieszkodliwość dla organizmu, ponieważ jej nadmiar wydala się z moczem.



Nie wierzę w medykamenty, czy to będą leki, witaminy czy suplementy diety, które po przedawkowaniu nie szkodzą. Łatwo mi nie wierzyć, ponieważ mnie witamina C szkodzi. Owo wydalanie z moczem oznacza u mnie piekło w drogach moczowych. Wystarczy jedna pastylka syntetycznej witaminy C i tracę intymny komfort. Podobnie ma się rzecz z przedawkowaniem naturalnej witaminy C zawartej w owocach. Owoce tak bardzo lubię, że zdarza mi się przesadzić i opchać się nimi na jeden posiłek. Skutek uboczny gwarantowany.

W rozmowie ze znajomymi moje argumenty wypadały słabo. Przecież w reklamach tyle się mówi o dobroczynnym działaniu witaminy C, sklepy internetowe pełne są specyfików zawierających bardzo duże dawki tej witaminy w jednej tabletce (1000 mg). Zerknęłam sobie na jedną z takich ofert i przecztałam tam kilka bajek oraz niestety zalecane dawkowanie, od 1 do 3 tabletek dziennie. To 3000 mg (!) podczas gdy organizm dorosłego człowieka potrzebuje jej 70 mg dziennie- jest to odpowiednik... 100 gram truskawek!

Skąd się wzięła taka wiara w dobroczynne działanie witaminy C? Przecież wszystkie witaminy potrzebne są nam, aby zachować zdrowie, ale to witamina C funkcjonuje, jako panaceum na wszelkie zło, od przeziębienia po schorzenia stawów (spotkałam się nawet w weterynarii z zaleceniem, aby na rozwijające się stawy psów podawać mega dawki witaminy C. Nie róbcie tego!) Może dlatego, że po przedawkowaniu większość ludzi nie odczuwa natychmiastowych skutków ubocznych, a takie zdarzają się po innych witaminach. To, że się ich nie odczuwa, nie oznacza, że skutków ubocznych nie ma.

W życiu tak czasem jest, że rację ma nie zawsze ten, co ją ma, ale kto ma większą siłę przebicia. Mit dotyczący witaminy C rozwinął się dzięki bardzo silnej osobowości i uznawanemu za wielki autorytet dwukrotnemu nobliście fizykowi i chemikowi- Linusowi Paulingowi, który w swojej książce z lat 70-tych XX wieku „Witamina C a przeziębienie” forsował dobroczyne działanie tej witaminy, bo sam łykał ją w dużych ilościach (1 g/dziennie) i nie chorował. Miał na tyle silną pozycję w świecie nauki, że wszelkie publikacje i głosy świadczące o nieskuteczności tej metody, nie zyskały rozgłosu. Rozpoczęła się moda na witaminę C, a koncerny farmaceutyczne zaczęły zbijać fortuny na jej sprzedaży.


Kilka tygodni temu dotarłam do publikacji, która wreszcie dostarczyła mi argumentów świadczących nie tylko o nieskuteczności, ale o szkodliwości nadużywania witaminy C (Wiedza i Życie nr 12/12, dr n. Med. O.Odrzyłowska-Śliwińska „Czy witamina C pomaga w leczeniu przeziębienia.”)

Opublikowane wyniki badań, prowadzonych przez 30 lat, wykazały że przyjmowanie zawyżonych dawek kwasu askorbinowego (200 mg) nie ma większego wpływu na układ odpornościowy człowieka, a wpływ na zdrowie, w porównaniu z dostarczaniem organizmowi prawidłowych dawek (70 mg) jest znikomo mały i zależy od indywidualnej tolerancji. Wyższe dawki witaminy można polecić wyczynowym sportowcom (maratończycy), rekonwalescentom, palaczom i dzieciom, ponieważ ich organizmy mają szybszy metabolizm, lub w przypadku palaczy, występują u nich niedobory (pewnie nie tylko) tej witaminy.

I najważniejszą rzeczą, wartą podkreślenia, są wyniki związane z przedawkowaniem witaminy, na które bardzo uczulam moich znajomych, ponieważ ich zdrowie jest dla mnie ważne. Dawki od 1000 do 3000 mg (rekomendowane przez wiele sklepów internetowych oferujących suplementy diety),  mogą wywołać reakcje alergiczne (wysypka), biegunki, dolegliwości żołądkowe. Najgorsze jest jednak to, że kwas askorbinowy ma zły wpływ na funkcjonowanie naszych nerek. Możemy nabawić się kamicy układu moczowego. Udowodniono też możliwość uszkadzania płodów.

Reasumując: Witamina C jest nam potrzebna do prawidłowego funkcjonowania układu odpornościowego, ale nie ma żadnych rozsądnych przesłanek, aby jej nadużywać. Jedynie jej niedobory powodują spadek odporności. Powinniśmy starać się, aby źródłem witaminy C były owoce i warzywa, a nie pigułki z apteki. Dawki powyżej 1000 mg są szkodliwe.



W mojej domowej apteczce nie ma i nigdy nie było witaminy C. Jeśli nie zarazi nas grypą ktoś z zewnątrz, coś takiego, jak przeziębienia nam się nie przydarzają.

poniedziałek, 13 maja 2013

Kije do nordic walking.


Zapewne nie raz widzieliście ludzi chodzących z kijami, którzy wyglądają, jakby ktoś ukradł im narty. Są to panie i panowie uprawiający sport zwany nordic walking, który skutecznie upowszechnia się w naszym kraju.  Chciałabym poruszyć dosyć ważną kwestię nabycia kijów do nordic walking, ponieważ naprawdę nie jest to prosta sprawa.

Z tym problemem zetknęłam się wiosną zeszłego roku, kiedy posmakowałam marszu na dystans 30 km z pożyczonymi kijami i stwierdziłam, że bardzo mi to odpowiada. A że miałam do przejścia na piechotę spory fragment Dolnego Śląska, Łużyc i całą Saksonię, potrzebowałam własnych i to solidnych kijów. Myślałam, że nie ma nic prostszego, niż wejść na allegro i kliknąć w ofertę. Myliłam się i to bardzo. Samo zorientowanie się w temacie zakupów, a bardzo chciałam dokonać mądrego i świadomego wyboru, zajęło mi ze dwa tygodnie. Problem był bowiem taki, że o temacie nie wiedziałam nic, a googlując tudzież przeglądając oferty sprzedawców na allegro wciąż otrzymywałam sprzeczne informacje. Każdy pisał coś innego i bądź tu człowieku mądry.

W życiu wyznaję zasadę- parafrazę motta dr House’a - wszyscy (sprzedawcy) kłamią. Dotyczy to zarówno sprzedających przez Internet, jak i za realną ladą sklepową. Choć czytałam opisy ofert, większą uwagę zwróciłam na fora internetowe zapalonych aktywnych „kijkarzy”. Tam też mniej więcej zorientowałam się w producentach i markach, na które należy zwrócić uwagę. Marka w tym wypadku to nie jest lans, ale jakość, od którego zależy moje zdrowie. Postanowiłam mimo wszystko dokonać zakupu przez Internet, gdyż w mojej okolicy nie ma dobrze wyposażonych sklepów sportowych.

Nie wiem, czy jest to powodowane chęcią oszukania nabywcy, czy najzwyklejszą ignorancją sprzedawców, ale na allegro panuje totalny chaos. Kije do nordic walking i trekkingu są ze sobą mylone i często sprzedawane jako uniwersalne. Tymczasem nordic walking i trekking to zupełnie dwie odmienne dziedziny sportu. Dziedziny te łączą jedynie kije, jednak zasadniczo różnią się te kije od siebie. Trekking to wspinaczka górska po trudnym i skomplikowanym terenie. Ludzie od zawsze, chodząc po górach, podpierali się kosturami. Nordic walking to szybki marsz z reguły po mniej lub bardziej płaskim podłożu. Kije służą odbiciu i ustabilizowaniu sylwetki, nie podpórce.

rękawiczki charakterystyczne dla kijów do nordic walking

Najważniejszym wyróżnikiem kijów do uprawiania nordic walking jest rękawiczka, która uniemożliwia wyślizgnięcie się kija z ręki. W marszu ręka tak pracuje, że naprzemiennie zwalnia się chwyt i zaciska dłoń na rączce. Pamiętajmy, że w szybkim marszu każde wyślizgnięcie się kija z ręki i nie złapanie go w sposób automatyczny, może spowodować utratę stabilności, zaplątanie się w kije i upadek. Kije trekkingowe mają tasmy, które owija się wokół dłoni. Nie uprawiałam jeszcze trekkingu z kijami (a mam nadzieję i tego posmakować), ale wydaje mi się, że wspinaczka to proces wolny, kij służy podparciu i zapewne istnieją sytuacje, kiedy trzeba się szybko z taśmy wyplątać.


taśmy charakterystyczne dla kijów do trekkingu

Druga ważna sprawa to kształt stopki. Ta do nordic walking powinna być profilowana- łagodnie ukośna. Kij pracuje poza ciałem, łączy się z podłożem pod pewnym kątem nachylenia, podczas gdy kije do trekkingu o płaskim zakończeniu, prowadzone przed człowiekiem, uderzają w ziemię prostopadle. Niekiedy kije sprzedawane są z wieloma rodzajami stopek, zatem nadal najważniejszym kryterium przy identyfikacji kijów jest rękawiczka lub taśma.

kształt stopki w kijach nordic walking


... i do trekkingu


Pamiętajcie, nie ma rzeczy uniwersalnych. Jeśli coś jest do wszystkiego, to znaczy, że jest do niczego.

Jeśli sprzedawca zachwala swój genialny towar do nordic walking, ponieważ posiada on amortyzację, to nie wie, co mówi. Amortyzowane mogą (ale nie muszą) być kije trekkingowe, ponieważ utrzymują ciężar opierającego się o nie ciała. Amortyzacja w kijach używanych przy szybkim rytmicznym marszu powodowałaby wybicie się z rytmu i efekt tańcowania kija. Zatem kije do nordic walking nie powinny mieć żadnych sprężyn.

Warto zwrócić uwagę na materiał, z którego wykonana jest rączka. Najlepiej gdyby była piankowa lub korkowa. Idąc szybkim marszem, często w upale, ręka się poci. Na rączce plastikowej, w którą wyposażone są tanie modele kijów, spocona dłoń będzie się ślizgać. Nie wykluczone są obtarcia i odparzenia.

I kwestia, nad którą zastanawiałam się najdłużej- wybrać kije składane (2 lub 3 częściowe) czy jednoczęściowe? Oba warianty mają swoje wady i zalety. Zdecydowaną wadą kijów jednoczęściowych jest fakt, że po wędrówce nie schowasz ich do plecaka. Wchodząc z nimi do samochodu, czy autobusu nie raz zdarzyło mi się niechcący przyłoić komuś w korpus. Kije są tak lekkie, że nie czuje się, jak zmieniają swoje położenie przy manewrach ciałem. Poza tym jednoczęściowe kije mają jedynie zalety. Są dopasowane indywidualnie do osoby i nie posiadają słabych punktów. Nie występują różnice w ich wysokości.

kij jednoczęściowy 

Kije składane są uniwersalne i można je sobie wzajemnie wypożyczać. Po wędrówce można schować je do plecaka.  Łączenia odcinków są słabym punktem takich kijów, mogą się popsuć, czy zablokować. Ustawianie wysokości przed wędrówką wygląda bardzo różnie. Może się okazać, że współtowarzysze wędrówki wyruszą zanim po wyjęciu kijów z plecaka ustawisz sobie odpowiednią ich długość. Może to spowodować, że nie wysuniesz kijów precyzyjnie i będziesz szedł krzywiąc sylwetkę. W ten sposób zamiast skorzystać, zepsujesz sobie zdrowie.

kij składany

Złe, źle dobrane lub źle użyte kije mogą wyrządzić więcej szkody niż pożytku. Dlatego zachęcam, aby omijać z daleka kije oferowane za kilkanaście złotych.

Im lżejsze kije tym lepiej. Te najtańsze są aluminiowe. Gorszej jakości aluminium może się pogiąć czy połamać. Im więcej jest w kijach domieszki włókna węglowego, tym lepiej. Te najdroższe są wykonane w całości z włókna węglowego (sprzedawcy piszą "carbon", bo to ładniej brzmi :). Moje kije nie mają ani grama aluminium, ale na 100 % włókna węglowego raczej było mnie nie stać. Cenię sobie jakość, w szczególności, kiedy chodzi o moje zdrowie, ale jeszcze nie oszalałam, aby wydawać na kije kwotę 400-600 zł. Mnie zależy na zdrowiu i komforcie, dlatego wybrałam towar ze średniej półki- markowy, ale nie najdroższy. Nabyłam kije firmy Gabel za ok 150 zł, leciutkie, wykonane z włókna węglowego i włókna szklanego (ten niebieski ze zdjęcia powyżej). Z owych dwóch tygodni, które poświęciłam na zorientowanie się i świadomy zakup, dwa dni zajęło mi zastanawianie się nad wyborem kolorystyki. Takie rzeczy jak kształt rękawiczki czy kolor i motyw nie są bez znaczenia, ponieważ zaspokajają indywidualne poczucie komfortu i estetyki. A to też jest bardzo ważne, kiedy z kijami spędzasz całe dni wędrując przez Europę.

Tabela informacyjna, jakiej długości kije wybrać dla swojego wzrostu.


środa, 8 maja 2013

Nordic walking.


Jestem osobą, która nigdy nie przepadała za lekcjami wychowania fizycznego. Chyba jestem zbyt dużą indywidualistką, aby ktoś narzucał mi, w jaki sposób mam dbać o swoją kondycję. Wręcz nie znosiłam gier zespołowych, a bieganie na dystans większy niż 100 metrów było dla mnie katorgą. Poddawałam się walkowerem odmawiając udziału w biegu na 800 metrów i rok za rokiem dostawałam za to lufy. Świetnie radziłam sobie w gimnastyce na przyrządach, a kiedy na studiach mogłam wybrać aerobik, byłam w siódmym niebie. Muzyka i ruch to wspaniałe połączenie. Niestety, po drugim roku studiów ujawniła się u mnie bardzo agresywnie choroba genetyczna stawów (ZZSK) i trafiłam do szpitala. Moje lekcje wf-u już do samego końca studiów (nie licząc epizodów z jogą, czy konną jazdą), musiały ograniczyć się do gimnastyki korekcyjnej.
Jakoś udało mi się poskładać do kupy, ale uważać muszę. Choroba poczyniła w organizmie spore spustoszenia, szczególnie w obrębie stóp. Stany zwyrodnieniowe co rusz dają o sobie znać, a tabletki przeciwbólowe to moja codzienność. Czy to oznacza, że mam zrezygnować z ruchu, usiąść na tyłku, użalać się nad sobą i czekać na śmierć? O nie!
Mieszkając na wsi ruchu mi nie brakuje. Spacery z psami, praca w ogrodzie, remonty domu zapewniają mi utrzymanie stałej kondycji i sylwetki. Nie każdy ma jednak takie warunki życia jak ja, a sporo osób w dzisiejszych czasach dotkniętych jest różnego rodzaju schorzeniami. Jakiś czas temu, przy okazji moich wędrówek po Saksonii, odkryłam nordic walking. Okazało się, że ten sport nie tylko zapewnia mi ruch, ale daje sporo satysfakcji. Do plusów należy zaliczyć to, że z reguły wędrówki uprawiam w towarzystwie, które nadaje na tych samych falach. To czysta przyjemność spędzać aktywnie czas pośród życzliwych ludzi.

Nordic walking to stosunkowo młoda dziedzina sportu, która powoli, ale skutecznie upowszechnia się w naszym kraju. Z roku na rok obserwujemy coraz więcej osób maszerujących po lasach, parkach i drogach z kijami. Wielu uważa to za przejaw dziwactwa, jednak sport ten ma swoje racjonalne uzasadnienie. Przede wszystkim uwiarygadnia go fakt, że dziedzina ta narodziła się w latach 20-tych XX wieku w Finlandii, jako forma treningu dla sportowców uprawiających wyczynowo narciarstwo biegowe.

Ogromnym atutem tego sportu jest fakt, że może go uprawiać niemal każdy w dowolnym terenie (prócz wspinaczki po górach) i przy różnej pogodzie. Kije znakomicie sprawdzają się na leśnej ścieżce, asfalcie, jak i na piaszczystej plaży oraz w śniegu. Wystarczy jedynie dobrać odpowiednie stopki. Niestety, dziedzina jest tak młoda, że obserwując chodzących w terenie amatorów w oczy rzuca się, że mało kto potrafi poprawnie posługiwać się kijami, a tym samym wykorzystać potencjalne korzyści płynące z tego sportu. Szczególnie ta uwaga dotyczy osób starszych, które używają kijów bardziej w charakterze laski, a nie o to w tym sporcie chodzi. Choć można oczywiście skorzystać z profesjonalnej pomocy instruktora, to aby nauczyć się prawidłowych podstawowych zasad, wystarczy zapoznać się z jednym z licznych filmików na portalu youtube.


W czym nordic walking jest lepszy od zwykłego marszu lub joggingu? Przede wszystkim angażuje on więcej partii ciała niż wyżej wspomniane aktywności oraz wymusza rytmiczny ruch. Powoduje to wiele korzyści. Kije stabilizują sylwetkę podczas marszu, stanowią punkt podparcia oraz odbicia. Skutkiem ubocznym tego mechanizmu jest bardzo duże przyspieszenie piechura. Rytmiczny marsz z kijami znacząco odciąża stawy powodując mniejszy nacisk na kolana, biodra i plecy. Wymuszona postawa ma dobry wpływ na kręgosłup, co szczególnie cenią sobie osoby starsze oraz mające problemy z tą partią ciała, które odczuwają zazwyczaj ból po dłuższych spacerach bez wspomagania się kijami. Mięśnie, które są zaangażowane w ten sport, eksploatowane są w większym zakresie, ale za to mniej intensywnie, co powoduje ich mniejsze zmęczenie. Przekłada się to znacząco na samopoczucie następnego dnia. Pokonując ten sam długi dystans z kijami i bez nich, w drugim przypadku zakwasy są bardziej dokuczliwe, jeśli nie mamy za sobą treningu.  Podczas szybkiego rytmicznego marszu z kijami równocześnie pracują mięśnie klatki piersiowej i kręgosłupa, tricepsy, bicepsy oraz ramiona i mięśnie brzucha. Pozwala to na spalenie znacznie więcej kalorii niż podczas konwencjonalnego chodu czy joggingu. Nordic walking, jednocześnie wspomagając stawy, przyczynia się do rozwoju siły oraz wytrzymałości ramion. Dużym bonusem podczas marszu w upale jest fakt, że wymuszona pozycja dłoni i ich praca, polegająca na rytmicznym zaciskaniu i zwalnianiu rączki kija powoduje, że dłonie nie puchną.

Bardzo ważną kwestią jest dobór odpowiedniego rodzajów kijów do nordic walking. O tym opowiem w następnym wpisie. 

piątek, 3 maja 2013

Wino z mniszka lekarskiego.




Zanim podam przepis na trunek, którego smak znam od dzieciństwa (tak, kiedyś nie odbierali dzieci rodzicom za podawanie im odrobiny alkoholu :-), przeczytajcie, jakie właściwości ma ten pospolity chwast.

Wiosna, szczególnie taka, zimna i deszczowa, jak w roku obecnym, to jest dla organizmu dosyć trudna pora. Często w tym czasie poszukujemy w aptekach witamin i suplementów diety, które wzmocnią nasz układ odpornościowy i przygotują go na nową porę roku. 
A może tak zamiast pastylki zafundować sobie kurację przy pomocy natury? 


Mniszek nie na darmo nazywa się lekarskim. Trudno uwierzyć, że dziś jest postrachem wypieszczonych ogródków zawzięcie tępionym przez ich właścicieli. Niegdyś był pieczołowicie uprawiany i specjalnie traktowany, aby nie zabrakło go w diecie naszych przodków, szczególnie w czasie przesilenia wiosennego.



Nie mogę sobie przypomnieć, dlaczego w czasach dzieciństwa miałam utrwalony pogląd, że mlecz jest trujący. Dopiero z biegiem lat poznawałam jego zalety, głównie delektując się pysznym i zdrowym winem z mniszka. Potem poznałam syrop z mniszka. W tym roku zamierzam namówić czytelników oraz sama spróbować młodych listków mniszka wkrojonych do wiosennych sałatek. Co mnie przekonało?

Już od średniowiecza mniszek uznawany był niemal za panaceum na wszelkie choroby. Leczono nim schorzenia nerek, wątroby, choroby oczu, układu pokarmowego, zmiany skórne. Można by uznać to za zabobon, ale zalety mniszka potwierdziła współczesna nauka. Prócz sporej grupy witamin (w tym prowitamina A, witamina C, E) w jego składzie znajduje się sporo substancji mineralnych (potas, żelazo, fosfor, wapń) i biologicznie aktywnych -fitosterole, wielocukry (pektyna, inulina), kwasy organiczne (kwas foliowy), żywice, garbniki. Najbogatszy w owe skarby jest korzeń mniszka. Badania wykazały, że roślina ta wzmacnia reakcje obronne organizmu, zwiększa odporność oraz wspomaga organizm w czasie infekcji wirusowych.



Może zamiast wiosną plenić z zaciętością ów powszechny chwast, lepiej jest go wykorzystać dla wzmocnienia swojego zdrowia? Aby skorzystać z dobrodziejstwa mniszka warto zainteresować się nim już od marca, zanim jeszcze rusza wegetacja. O tej metodzie jedynie czytałam, nie eksperymentowałam na sobie. Kto jednak jest odważny, niech spróbuje. Korzenie mniszka wykopujemy długą łopatką i nożem, dokładnie myjemy, a potem albo suszymy, albo wrzucamy do sokowirówki. Na 5 szklanek soku należy dodać 1 szklankę spirytusu, lub jeśli będziemy nim raczyć dzieci, 1 szklankę miodu. Popijać po 1 łyżeczce 3x dziennie i stopniowo zwiększać dawkę.  Suszony korzeń można wykorzystać jako przyprawę lub po umiejętnym wypaleniu (niestety, przepis nie podaje, w jaki sposób) można zrobić z niego napój- ziołową „kawę”.

Dziś potrafimy racjonalnie uzasadnić wiedzę, którą nasi przodkowie przekazywali sobie z pokolenia na pokolenie. Mniszkiem leczymy schorzenia wątroby, usprawniamy pracę mózgu, zapobiegamy miażdżycy, oczyszczamy krew. Mniszek wspomaga przemianę materii, leczy hemoroidy, choroby nerek oraz reumatyzm. I długo mogłabym jeszcze wymieniać, gdyż istotnie jawi się nam, jako panaceum na wszelkie dolegliwości. Oczywiście, daleka jestem, by uznawać to zioło za lekarstwo. Mówimy jedynie o wspomaganiu i zapobieganiu chorobom, dostarczając organizmowi naturalnych witamin i składników mineralnych odpowiednio przez naturę zbilansowanych.

Warto jeszcze zwrócić uwagę na szczególną z przypisywanych mniszkowi cech. W dawnych czasach, w niektórych rejonach kraju, nazywano to zioło „męska stałość”. Nie chodzi tu bynajmniej o stałość w dzisiejszym rozumieniu tego słowa, czyli w uczuciach, a wręcz przeciwnie- o staropolskie słowo „stanie”, „wstanie”. 
Cóż, ludzie musieli sobie jakoś radzić przed epoką viagry :-) Afrodyzjak ten miał również działać odpowiednio na kobiety. Z tego względu istniało w XIX wieku zalecenie, aby pannom z dobrego domu nie serwować przetworów z mniszka, by w niewłaściwy sposób nie pobudzał on ich wyobraźni :-)

Cokolwiek by o mniszku lekarskim nie powiedzieć, w moim domu od dawna robi się z niego wino. Jest to niezastąpiony trunek na długie zimowe i mroźne wieczory. Być może w nim tkwi tajemnica, że jeśli ktoś nie przywlecze nam jakiejś grypy, to sami z siebie nie chorujemy.


Mój przepis na wino z mniszka:
Na przełomie kwietnia i maja zebrać kwiaty mniszka. Zostawić na noc rozłożone na białej płachcie (prześcieradło, obrus)- wyjdą z nich wtedy czarne robaczki lubiące bytować we wnętrzu kwiatów. Następnego dnia kwiaty zagotować w wodzie (1/3 objętości baniaczka). Warto dodać do kwiatów jakiś kwaśny owoc- jedną pokrojoną wraz ze skórką pomarańczę, lub kiść winogron. Po ostudzeniu przelać zawartość do butli, uzupełnić syropem (woda z cukrem). Dodać drożdże winiarskie. Proporcje: 1/3 objętości butli kwiatów (kto ma ochotę może użyć samych płatków, ale to koszmarna robota), 1 kilo cukru na 5 litrów wody. Butla ma być zapełniona kwiatami i wodą do 2/3 wysokości.



środa, 1 maja 2013

Nowe domy przysłupowe


Dom przysłupowy w Saksonii.


"Nie jesteśmy w stanie zmusić nikogo do tego, aby pokochał stare domy, ale możemy sprawić, aby ten ktoś zechciał żyć w zgodzie z otoczeniem". 
Taka właśnie myśl przyświeca twórcom projektu: Architektura Regionalna Krainy Domów Przysłupowych.

Żyjemy w dobie globalizacji. Ma to oczywiście swoje dobre strony. Możemy wybrać miejsce, gdzie chcemy spędzić życie nie tylko w obrębie granic naszego państwa, ale niemal w każdym zakątku świata. Globalna wioska, jaką powoli staje się Europa sprzyja rozmywaniu się krajobrazów kulturowych charakterystycznych niegdyś dla każdego regionu.

W Polsce jest to szczególnie widoczne. Wokół nas panuje architektoniczny chaos. Co rusz wyrastają budynki-koszmarki. Bezrefleksyjnie wydawane są pozwolenia na budowę zakopiańskich chałup poza terenem ich naturalnego występowania, czy pałacyków o wątpliwych walorach estetycznych. Z jednej strony wpisane to jest w święte prawo do wolności decydowania o tym, w jakim domu chcemy mieszkać, ale patrząc na to z innej perspektywy, może warto pokierować się w tym względzie jakąś logiką?

W miejscu, gdzie ja się osiedliłam, czyli na pograniczu śląsko-łużyckim, charakterystyczną formę zabudowy stanowią domy przysłupowe. Trzon takiego domu stanowią słupy okalające zrębową izbę, podtrzymujące ciężar konstrukcyjny piętra lub dachu. Budowane były już od czasów średniowiecza na potrzeby lokalnych rzemieślników wykonujących zawód tkacza.

Dom przysłupowy jest konstrukcją unikalną na skalę światową. To nasz miejscowy skarb, wokół którego budujemy lokalną tożsamość nie zważając na granice państwowe i różnice językowe. Po naszej stronie granicy takich domów pozostało jedynie 600 sztuk, w Niemczech jest ich 6 tysięcy, w Czechach 3,5 tysiąca. Miłośnicy domów przysłupowych chcą uratować zarówno te resztki, jakie pozostały, jak i zaproponować ludziom chcącym osiedlić się na naszym terenie inne, ciekawe rozwiązanie.
Mój dom przysłupowy

Aby obudzić świadomość mieszkańców regionu oraz zainteresować tematem potencjalnych inwestorów, Stowarzyszenie Dom Kołodzieja- partner wiodący projektu Architektura Regionalna Domów Przysłupowych wraz z Verein für die Qualitätsmarke„Fahring Umgebindehaus” e.V., rozpoczęły działania informacyjne i promocyjne mające na celu zarówno budowanie tożsamości regionu, jak i ładu przestrzennego opartego na historycznym zasobie, jakim jest budownictwo przysłupowe.

Jednym z punktów tego przedsięwzięcia jest wyłonienie w drodze konkursu i udostępnienie osobom pragnącym osiedlić się na obszarze Euroregionu Nysa i w Saksonii, gotowych projektów modelowego, nowoczesnego domu przysłupowego. Projekty dostępne będą dla zainteresowanych za symboliczną złotówkę/1 euro (koszty powielania). Ma to na celu zachęcić właścicieli działek budowlanych, aby budując dom, zechcieli wpasować się w krajobraz regionu. Taki wybór pozwoli im  zaoszczędzić kilka, lub kilkanaście tysięcy złotych/euro już na samym wstępie inwestycji.

Stare domy, takie z duszą, nabywane są przez specyficznych ludzi, którzy nie podchodzą do życia w sposób standardowy, a kierują się przede wszystkim pasją. Nie każdy takie pasje podziela i rozumie. Nie jest to jednak przeszkodą, aby i nowy dom wpasował się wyglądem i charakterem w otoczenie. 

Nowe domy przysłupowe mają spełnić nie tylko wymogi funkcjonalne i estetyczne, ale przede wszystkim ich projekt musi być oparty na standardach związanych z zastosowaniem nowoczesnych metod izolacyjnych i odnawialnej energii do ich obsługi. Podstawowym budulcem, podobnie jak to jest w przypadku starych domów, ma pozostać drewno.

Stary dom przysłupowy w trakcie rekonstrukcji-Saksonia.

Co, prócz oszczędności na projekcie, zyskuje właściciel nowego domu przysłupowego? Przede wszystkim komfort mieszkania w oryginalnym, modnym domu, który jest wpisany w kontekst historyczny i kulturowy regionu, a jednocześnie jest nowoczesny i funkcjonalny. Ma też świadomość swojego wkładu w odbudowę i ochronę dziedzictwa kulturowego tych terenów.

Twórcy projektu Architektura Regionalna Krainy Domów Przysłupowych mają nadzieję, że dzięki ludziom chcącym osiedlić się na tym terenie, rozwinie się infrastruktura związana z odbudową starych i budową nowych domów przysłupowych. Tym samym powstaną nowe miejsca pracy. Region stworzy własną markę i zacznie być rozpoznawalny. Dziś chcemy kontynuować zastane dziedzictwo, ale w dalszej przyszłości ma ono szansę stać się naszym własnym. Przełoży się to na dbałość przyszłych pokoleń o owoce dzisiejszej pracy.

Transgraniczność projektu pozwoli nie tylko na wspólne kreowanie krajobrazu kulturowego, ale miejmy nadzieję, przyczyni się do przełamywania wciąż żywych po obu stronach stereotypów mających swoje źródło w trudnej historii obu narodów. Zamiast oglądać się za siebie, mamy szansę wspólnie zainwestować w przyszłość.

Osoby zainteresowane projektami domów oraz chcące pogłębić swoją wiedzę na temat przestawiony tutaj jedynie w zarysie, zapraszam na stronę internetową: