Wstęp

Kiedy zakładałam stronę slow travel myślałam przede wszystkim o tym, że mam Wam do zaoferowania spędzanie wolnego czasu- wakacji, weekendów w spokojnym wiejskim zakątku. To zaproszenie znajdziecie w zakładce „nasza oferta”.

Tak naprawdę jednak całe nasze życie jest podróżą w czasie i przestrzeni. Moje życie to ucieczka od kulturowo uwarunkowanych stereotypów, od wychowania w jedynie słusznej wierze i od pracy na etacie.

To jest przestrzeń związana z szeroko pojmowaną filozofią slow, która paradoksalnie zdobywa niezwykle szybko zwolenników na całym świecie. Jest buntem przeciwko postępującej komercjalizacji i bezrefleksyjnemu życiu.

Jak pogodzić współczesny model życia i nie stłamsić własnych pragnień i potrzeb? Jak znaleźć szczęście i spełnienie w dzisiejszych realiach? Jak tanio żyć, kiedy zrezygnowało się z udziału w "wyścigu szczurów"? Złotego środka będę szukać w najbardziej podstawowych aspektach naszego życia- w pożywieniu, w rękodziele, w rozrywce i w pracy.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Pirograf z Lidla i candy ogniem malowane.

Ostatnio w komentarzach padło przypuszczenie, żartem oczywiście, że może Lidl mi płaci za wystawianie pochlebnych recenzji o produktach nabywanych w tym sklepie. No, niestety, Lidl mi nie płaci, a i ja, po fatalnie zakończonym eksperymencie, związanym z próbą zarabiania drobnych pieniędzy dzięki blogowaniu, raz na zawsze obiecałam sobie nie zarabiać na reklamach, ani więcej nie dawać okazji żadnym szemranym typkom do zarabiania pieniędzy na moich artykułach.
Jak to zwykł był mawiać Chłop: „lepiej z mądrym piechotą, niż z głupim toyotą” :-)

Dziś zatem, aby uniknąć dalszych spekulacji co do tajemniczych powiązań mojej osoby z siecią sklepów Lidl, opowiem o produkcie, który nie spełnił moich oczekiwań i był typową zakupową wpadką.


Pirografią zajmuję się od kilku lat. Pisałam o tym na samym początku mojej przygody z blogowaniem tutaj. Nie jest to jakaś wielka sztuka, a raczej rzemiosło, do którego trzeba mieć serce, trochę czasu i odpowiedni sprzęt. Talent nie jest wymagany. No może w minimalnym stopniu się przydaje.

Kiedy zobaczyłam po raz pierwszy odgrzebany przez Chłopa w zakamarkach garażu pirograf produkcji radzieckiej, miałam mieszane uczucia. Był toporny, jak cały PRL. Byłam pewna, że zanim się nauczę nim robić cokolwiek, zniechęcę się i z obrazków „ogniem malowanych” zostaną jedynie niezrealizowane projekty. 


Ku mojemu zaskoczeniu, błyskawicznie załapałam, o co w tym wszystkim chodzi. Ręka sprawnie poruszała się po deseczkach, również tych wymagających- z drzew iglastych. Obrazki powstawały szybko jeden za drugim sprawiając mi ogromną radość.

Toporność sprzętu nie sprawiała problemów. Jedną końcówką, w kształcie paraboli, mogłam wyczarować różne wzory i różnej grubości kreski.

Pewnego razu usłyszałam, że w Lidlu „rzucają” co jakiś czas pirografy. O, pomyślałam sobie, pewnie jest to nowoczesna wersja radzieckiego pirografu i zapragnęłam go mieć. Zdobycie sprzętu nie było łatwe. Nie śledzę na bieżąco lidlowskich nowinek, zatem o „rzucaniu” sprzętu, jeśli nie zobaczę przypadkiem w telewizji lub ktoś mnie o tym nie poinformuje, dowiaduję się zazwyczaj po czasie. Przez pewien czas śledziłam ogłoszenia na allegro, ale ku mojemu zdumieniu, pojawiające się tam pirografy z Lidla kosztowały około 100 zł, podczas gdy cena w sklepie wynosiła 39 zł. To dodatkowo utwierdziło mnie w przekonaniu, że to dobry zakup i muszę koniecznie go mieć. Urzekła mnie ta mnogość różnorodnych końcówek dająca ponoć nieograniczone możliwości cieniowania i tworzenia wzorów.

Tak też właśnie po czasie dowiedziałam się o tym, że dzień wcześniej- w niedzielę- były w Lidlu upragnione przeze mnie pirografy. Niewiele myśląc, ruszyłam w poniedziałek z samego rana do naszego pobliskiego Lidla. Niestety, towar już został wymieniony na nowy i nigdzie nie znalazłam szukanego produktu. Postanowiłam jednak, że się nie poddam. Zaczepiłam pracowniczkę sklepu i zapytałam, czy przypadkiem nie został im od wczoraj jakiś egzemplarz pirografu na magazynie. Trochę to trwało, ponieważ pani pracująca nie rozumiała słowa „pirograf”, jednak po dwukrotnej wizycie na zapleczu i upewnieniu się, co do przeznaczenia maszynki, przyniosła mi upragniony produkt. Byłam w siódmym niebie. Natychmiast przystąpiłam do testowania maszyny.


Już pierwsze wrażenie było kiepskie. Po uważnym wybraniu końcówki i jej zamocowaniu podłączyłam pirograf do prądu i czekałam, czekałam, czekałam… Nie mogłam się doczekać, aż pirograf się rozgrzeje na tyle, by „malowane ogniem” obrazy wyglądały zgodnie z moimi standardami. Wydawało mi się, że standardy nie mam zawyżone, ponieważ wyznaczał je siermiężny, radzieckiej produkcji pirograf, który rozgrzewał się w 10 (słownie i dosłownie: dziesięć!) sekund. Czekałam tak 5 minut modląc się nad lidlowskim pirografem, ręka mnie swędziała, aby zacząć wreszcie rysunek, a tu brzydko mówiąc- dupa! Gdy w końcu się rozgrzał, obrazek wydał mi się jakiś taki niemrawy. 


No dobrze, pomyślałam sobie, może to wina końcówki, źle może ją dobrałam, spróbujemy z inną. No tak, ale jak teraz wykręcić rozgrzaną do czerwoności końcówkę? Zatem znów czekałam, czekałam, czekałam… Myślałam, że będę czekać najwyżej tyle samo, ile czekałam na rozgrzanie się sprzętu, ale się pomyliłam. Czekałam dłużej i być może czekałabym do tej pory, gdyby nie to, że się zdenerwowałam, wzięłam szmatę i wykręciłam przez nią gorącą końcówkę. Drugi raz starannie wybrałam końcówkę, wkręciłam ją i znów zaczęłam czekać, aż się rozgrzeje. Tym razem poszłam zrobić sobie herbatę, aby czas oczekiwania szybciej zleciał. Namalowałam obrazek, spociłam się przy tym, jak ruda mysz przyciskając końcówkę do deseczki, ponieważ wciąż wydawało mi się, że temperatura jest zbyt niska. Obrazek znowu wyszedł niemrawy. 


Przeraziłam się, że wyszłam z wprawy. Wyciągnęłam zatem siermiężny pirograf produkcji radzieckiej i stworzyłam podobny do pierwszego obrazek i coś jeszcze.


Jak widać, wyszło całkiem nieźle, zatem z czystym sumieniem mogę winę za nieudane próby zrzucić na pirograf z Lidla, a nie na swoją amnezję.

Pirograf z Lidla, jak już ostygł, co znów trwało wieki, wrzuciłam na dno szuflady. Niech czeka lepszych czasów, bo może przyda się jeszcze do czegoś innego (podobno skórę można też zdobić wypalaniem, masę papierowa oraz wosk).

Reasumując: Pirograf z Lidla jest gadżetem, którego używanie wiąże się ze stratą czasu i frustracją co do efektu końcowego. Być może, po spędzeniu na ćwiczeniach więcej czasu, można przy jego pomocy wyczarować coś więcej, niż moje nędzne dzieła. Ja nie mam takiej potrzeby, ponieważ radziecki pirogragf daje mi to wszystko, czego oczekuję. Chciałam czegoś więcej, ale się przeliczyłam.

Pirograf z Lidla nie rozgrzewa się do takiej temperatury, jak radziecki. Ten ostatni wchodzi w drewno, jak w masło, podczas gdy lidlowskim trzeba nieźle naciskać, by uzyskać wzór. Radziecki pirograf błyskawicznie się rozgrzewa (ma w dodatku regulowaną temperaturę nagrzewania się końcówki) i nie trzeba czekać, aż ostygnie, ponieważ końcówka nie jest wymienialna. Po zakończonej pracy odkładam sprzęt i zajmuję się czymś innym, a on stygnie.

Ma jedną złą i jedną dobrą wiadomość.

Mam złą wiadomość dla tych, którym spodobało się „malowanie ogniem”. Radzieckie pirografy są raczej chyba nie do zdobycia. Pozostaje Wam zapomnieć o moich doświadczeniach i tej recenzji i oswoić pirograf z Lidla.

Mam dobrą wiadomość dla tych, którym spodobały się moje podstawki pod kubeczki z motywem konia lub różanym sercem. Są do wzięcia w candy. Przedmiotem candy jest komplet dwóch podstawek ze wzorem, który wybierze sobie zwycięzca. 


wzór róże

wzór koń

Warunkiem, który trzeba spełnić, jest dołączenie do obserwatorów tego bloga oraz wklejenie banerka z informacją o candy na swoim blogu.


Jeśli ktoś nie umie wkleić banerka, może być sam link do tego wpisu na blogu. Trzeba też oczywiście zadeklarować chęć wzięcia udziału w candy w komentarzu, i napisać, który wzór uczestnik candy wybierze, jeśli zostanie zwycięzcą.

Instrukcja do wkładania banerka na blogroll:

ściągnąć powyższe zdjęcie na swój dysk (spod prawego klawisza: zapisz grafikę jako..)
Na bloggerze wejść w: Projekt
Po lewej stronie wybrać: Układ
Kliknąć: dodaj gadżet
Wybrać: Zdjęcie
Załadować poprzez: wybierz plik zdjęcie z dysku. W miejscu na link wstawić link do tego candy. Tytuł i podpis według uznania.

Zapisy na candy trwają do 31 sierpnia, 1 września poznamy zwycięzcę.
Wysyłam podstawki również za granicę.
Serdecznie zapraszam do zabawy :-)


środa, 7 sierpnia 2013

Mąka żytnia



Dojrzałam wreszcie do tego, aby zrobić chleb na zakwasie. Od lat kiszę płatki owsiane na żur, nie wiem czemu do tej pory opierałam się, by postawić zakwas. A może przyczyna tkwi w tym, że mieszkając na wsi nie mam po prostu dostępu do mąki żytniej? Wiem, że można zakisić mąkę pszenną, mogłabym też spróbować zrobić zakwas z płatków owsianych, choć nigdzie nie wyczytałam, aby ktoś coś takiego robił (ja wkrótce zrobię!), ale mnie marzył się taki prawdziwy, razowy chleb na mące żytniej.


Niegdyś, podczas pobytu we Wrocławiu, mama położyła przede mną kilo żytniej mąki i rzekła, że mam jej następnym razem przywieźć domowy chleb. Natchnęła mnie tym samym, abym postawiła wreszcie ten zakwas. Chleb miał taki smak, jaki moja mama pamięta z dzieciństwa.




Sytuacja ta skłoniła mnie do przemyśleń na temat współczesnych czasów. Nie jestem przeciwko rozwijającej się cywilizacji, wręcz przeciwnie, radośnie korzystam z jej dobrodziejstw. Nie wiem natomiast, komu przeszkadzało to, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu w każdej wsi był młyn i gospodarz sam mógł własne zboże zawieźć do zmielenia. Od tego gospodarza, lub w samym młynie, mąkę można było nabyć, jeśli ktoś własnego zboża nie miał.

W mojej okolicy próżno szukać młynów. Wykończyła je sytuacja ekonomiczna i trend w gospodarce, który spowodował, że dziś tak trudno jest dostać zdrową, lokalną żywność. Nie rozwodząc się nad tym szczegółowo, bo już była o tym mowa, doszło do tego, że aby nabyć mąkę żytnią muszę jechać do dużego miasta- do hipermarketu Tesco, bo w małych lokalnych sklepach takiego cudu i fanaberii po prostu nie mają. Jak już trafię do owego miasta to okazuje się, że mąka pochodzi z drugiego końca Polski- z Gdańskich Młynów. Cóż… pozostaje mi jedynie ucieszyć się, że przynajmniej młyny są historyczne i nawiązują do pięknych czasów, kiedy Polska stanowiła spichlerz Europy.


I tak, mieszkając na jednej z bardziej głuchych i schowanych od cywilizacji wsi, aby upiec domowy, wiejski chleb muszę jechać 150 km do miasta, by nabyć mąkę, która przebyła wcześniej 500 km, zanim trafiła do sprzedaży. I wiecie co? I tak się cieszę, że nie przybyła z Chin :-)

Alternatywą do sprowadzania mąki z miasta jest zamówienie jej dostawy do domu. Brałam to pod uwagę, ale kilo mąki kosztuje 2,30 zł, natomiast jej transport 16 zł. Nawet jeśli zamówię 10 kilo, to dodając do tego 16 zł, wyjdzie mi niemal dwukrotnie drożej! Żeby mi się opłacało, musiałabym otworzyć piekarnię i kupować ilości hurtowe. Zatem póki co, przy okazji wizyt w mieście, przywożę sobie po kilogramie czy dwa mąki żytniej, z której robię zakwas. Razowy chleb na zakwasie piekę z mieszanki mąki pszennej i żytniej (w proporcji 200 g mąki żytniej i 300 g mąki pszennej).

Reasumując: Mieszkając w mieście, w dzisiejszych czasach łatwiej jest upiec domowy, wiejski chleb, jaki być może pamiętacie z czasów dzieciństwa, niż mieszkając na wsi.

I jeszcze poświęcę akapit na temat oznaczeń mąki. Zawsze mnie uczono w domu, że ta najbardziej wartościowa, z której powstają najlepsze wypieki, ma mniejszą liczbę. Wszystko jednak zależy od tego, co kto uważa za wartość. Liczba oznacza stopień przemiału ziarna, a co za tym idzie, ilość substancji mineralnych. Mąka tortowa 450 oznacza, że jest ona najbardziej oczyszczona z warstw zewnętrznych. Jest najbardziej bogata w skrobię, dzięki czemu bardzo łatwo przyswajalna (idzie w bioderka :) i tym samym lekkostrawna. Mąka żytnia -ta z pełnego przemiału, jest bardziej od pszennej sycąca, ponieważ zawiera więcej błonnika. Im wyższy numer, tym więcej błonnika i substancji mineralnych.
Mąka żytnia, z której zrobiłam zakwas i z dodatkiem której piekę chleb razowy, ma numer 2000. Oznacza to 2% substancji mineralnych. Produkt taki jest zdrowszy, sprzyja diecie, ponieważ szybciej syci, ale przez to jest bardziej ciężkostrawny. Dłużej zalega w żołądku i dłużej się go trawi.

Całkiem spory procent ludzi cierpi na celiakię – nietolerancję glutenu. Takie osoby nie mogą korzystać z mąki pszennej, czy żytniej. Nie znaczy to, że nie mogą spożywać chleba na zakwasie. Zaleca się dla nich mąkę ryżową,  ziemniaczaną, gryczaną, kukurydzianą. Zakwas można zrobić z mąki ryżowej lub gryczanej. Do pieczenia chleba bezglutenowego można kupić gotową mieszankę. Maszyny do pieczenia chleba mają program dla pieczywa bezglutenowego. 

Naprawdę i szczerze polecam maszynę z Lidla. Mam ją od pół roku, używam różnych programów, stanowi dla mnie prawdziwą pomoc. Uruchamianie mojego pieca chlebowego to dosyć skomplikowany rytuał i trzeba mieć na niego czas, a teraz, kiedy w moim Muzeum trwa remont- jest to niemożliwe.  Nie znaczy to, że zrezygnuję z domowego, smacznego i zdrowego pieczywa i to w dodatku na tradycyjnym zakwasie.

Mój ulubiony chleb na zakwasie jest bardzo prosty, ponieważ już nie raz przekonałam się, że im prościej, tym lepiej :-) Do maszyny daję pół szklanki zakwasu, około 200 ml wody (zależy, jak gesty jest zakwas) ze szczyptą drożdży. Wsypuję 250 gr mąki żytniej i tyle samo pszennej. Dodaję łyżeczkę soli i jeszcze tak troszkę, bo lubię sól :-) Mieszankę tę aromatyzuję ziołami, które mam pod ręką- szczyptą czosnku niedźwiedziego lub bazylią. Włączam program na chleb razowy i po 3,5 h mam pyszny chlebek :-)

wtorek, 6 sierpnia 2013

Maszyna do chleba z Lidla


 Wciąż narzekamy na jakość i ceny pieczywa sklepowego i niestety, nie bez przyczyny. Wydaje się, że nie ma nic łatwiejszego, jak zmieszać mąkę, sól i drożdże z wodą. Rzeczywiście, nie ma nic łatwiejszego, ale nie dla współczesnych piekarni. Prócz tych składników pojawiają się obecnie w chlebie różnego rodzaju polepszacze, spulchniacze i tajemnicze substancje konserwujące. Mają one na celu „podrasować” głównie wygląd pieczywa, niekoniecznie już smak. Kto pamięta smak ciepłego chleba prosto z piekarni „za komuny” ten wie, o czym ja tu piszę. Być może niektórym to nie przeszkadza, ale ja już nie jestem w stanie jeść pieczywa sklepowego. Smakuje, jak trociny, a na drugi dzień jest po po prostu obrzydliwe. Nie trzeba od razu mieć pieca chlebowego w domu, choć to nie jest głupi pomysł, jak ktoś ma warunki. Rozwiązaniem jest maszyna do robienia chleba, która znakomicie sprawdza się nawet w najmniejszym mieszkaniu.  Chleb można upiec również w piekarniku, wcześniej wyrabiając go ręcznie, ale tego sposobu nie polecam zapracowanym i zmęczonym czytelnikom. Sama nie lubię mięsić ciasta i to był właśnie powód nabycia maszyny do robienia chleba.

Na początku, a maszyna jest już ze mną 4 lata, nie rozumiałam zasady jej działania :-) Jak to, wlewam wodę, wsypuję mąkę, drożdże i przyprawy, naciskam guzik i za 3 godziny, bez żadnej obsługi, wyjmuję gotowy chleb? :-) Dokładnie tak to działa i nikt już nie może posłużyć się wymówką, że nie ma czasu na pieczenie domowego chleba. Wsypanie produktów do maszyny zajmuje początkującym 3 minuty czasu, rutyniarzom 1 minutę. Chleb jest świeży przez kilka kolejnych dni, (pod warunkiem, że doczeka :) bez żadnych ulepszaczy. I bardzo ładnie wygląda!

Nie polecę Wam żadnej konkretnej firmy, bo przetestowałam tylko swoją maszynę- Severin. Rozchwierutała mi się po intensywnym użytkowaniu po 3 latach. Po przeczytaniu pochlebnych recenzji użytkowników maszyn z Lidla, zdecydowałam się na zakup następnej z tego źródła. Maszynę można nabyć już od 200 zł i jest to rozsądny wydatek. Koszt wyprodukowania domowego chleba, nawet z poborem prądu przez maszynę, jest niższy niż chleba kupionego w sklepie. Własny chleb jest smaczny, zdrowy i możesz sobie tworzyć dowolne kompozycje i mieszać składniki. Nie polecam gotowych mieszanek, gdyż prócz różnego rodzaju mąk, w torebce można natknąć się na konserwanty i ulepszacze. Gotowe mieszanki podrażają koszt wyprodukowania domowego chleba. Lepiej kupić różne rodzaje czystych mąk i sobie samemu je mieszać.


Maszynę z Lidla użytkuję już ponad pół roku i jestem z niej bardzo zadowolona. Ma 12 programów, w tym wypieki bezglutenowe i konfitury. Można ukręcić w niej ciasto na makaron i pierogi. Dla mnie jest to szczególnie ważne, ponieważ nie cierpię mięsić ciasta, ani nawet dotykać go gołymi rękami. Nawet przyrządzając ciasto do pieca chlebowego, korzystam z maszyny, aby zmieszała składniki.

Przepisy na chleb z maszyny są w internecie rozpowszechnione, dostępne są również opinie na temat wyboru firm produkujących takie maszyny. Jeśli temat kogoś zainteresuje i będzie miał niedosyt, wrócę kiedyś do tego zagadnienia.

Obecnie, na fali entuzjazmu maszyną do robienia chleba, oczekuję na skonstruowanie takiej maszyny, do której z jednej strony będzie wchodziła świnia, a drugą stroną wyjdą gotowe domowe kiełbasy. Najlepiej, aby były od razu uwędzone :-)




czwartek, 1 sierpnia 2013

Ręcznik-turban kontra różowy koń z Almi Decor.

-Jest coś, co koniecznie musisz mieć!- powiedziała moja siostra ciągnąc mnie za rękaw w kierunku drzwi.

Znajdowałyśmy się we wrocławskiej Renomie (kiedyś Pedet, jeśli ktoś nie był dawno we Wrocławiu) w sklepie Almi Decor. Osłupiałym wzrokiem wpatrywałam się tam w naturalnej wielkości różowego konia. 
Czemu w ogóle tam trafiłam? Godzinę wcześniej wysłuchałam wykładu dotyczącego przemytu dzieł sztuki, gdzie dowiedziałam się, że niegdyś celnicy rekwirowali wiele przedmiotów z Almi Decor biorąc je za zabytki. Bardzo mnie to zaciekawiło. Weszłam zatem do jednego z tych sklepów, by rzucić okiem na owe „dzieła sztuki”. Już na samym wstępie natknęłam się na różowego konia-podkreślę to jeszcze raz- naturalnej wielkości i z wrażenia nie byłam w stanie zrobić kroku dalej...
Wydaje mi się, że moja siostra mówiła coś o jakichś ręcznikach. Ja jednak w tym czasie, w myślach, byłam w trakcie przemytu przez granicę różowego konia, w dodatku naturalnej wielkości.

Kiedy wreszcie siostra wywlekła mnie z Almi Decor, powoli wróciła mi przytomność umysłu. Udałyśmy się do niewielkiego sklepu z ręcznikami i pościelą. Tam został mi zaprezentowany pewien dziwny ręcznik w kształcie pieroga, który ponoć miał odmienić moje życie. „Nie wyobrażam sobie już życia bez niego”- rzekła moja siostra i to miało mnie przekonać.


Byłam sceptycznie nastawiona do tego produktu. Mam długie włosy, które jak uważałam, nie zmieszczą się w te kształty i formę. Przekonała mnie opinia ekspedientki, która również dysponowała długimi włosami i uważała, że ręcznik-turban spokojnie sobie z nimi daje radę.
Główną jego zaletą, jak podkreślały obie użytkowniczki, jest lekkość i wygoda. Duży ręcznik, który normalnie stosowałam po myciu głowy, rzeczywiście obciążał włosy, ale też tym samym nie dawał o sobie zapomnieć. Już w domu miałam zrozumieć, dlaczego ekspedientka podkreśliła- tylko proszę nie trzymać go zbyt długo na mokrych włosach.  O lekkiej formie, ledwo wyczuwalnej na głowie po prostu można zapomnieć i zaparzyć włosy.

Na rynku dostępne są turbany- ręczniki z różnych materiałów. Najtańsze, z mikrofibry, kosztują nawet poniżej 5 zł na allegro. Nie wiem, jak się je nosi, jakie są ich wady i zalety. Mój ręcznik jest z bawełny z dodatkiem 30-tu procent włókna bambusowego. Kosztował 39 zł. W internecie dostępne są również turbany z samego włókna bambusowego, ich koszt to również około 40 zł.

Na temat włókna bambusowego dużo się teraz pisze. Mamy do czynienia z trendem związanym z szeroko pojętą ekologią, zatem wszystko, co da się podciągnąć pod „eko” dobrze się sprzedaje. Oczywiście, należy być bardzo ostrożnym i nie podchodzić do tego typu rewelacji bezkrytycznie, ponieważ producenci, starając się sprzedać produkt, robią „eko” z wszystkiego. Słyszałam różne opinie o bambusowym włóknie, że jest antybakteryjne, antygrzybiczne, etc. Nie mam pojęcia, czy tak jest w rzeczywistości, ponieważ tej informacji nie udało mi się zweryfikować. Jedyna rzecz, do jakiej dotarłam, to proces pozyskiwania miękkiego włókna z bambusowej celulozy.

Bambus to roślina mocno ekspansywna. Rośnie bardzo szybko, zatem na etapie wzrostu i zbiorów nie są potrzebne żadne pestycydy czy nawozy. Rzeczywiście, wydaje się, że pod tym względem jest to produkt ekologiczny. Niestety, pozyskanie miękkiej wiskozy z twardej celulozy bambusowej wymaga zastosowania ogromnej ilości chemii. Wtedy już trudno mówić o produkcie „eko”.

Wracając do samego ręcznika. Włókno bambusowe zapewnia ponoć 60% więcej absorbcji wody. Prócz nieweryfikowalnych zalet, opisywanych przez producenta, odnośnie działania antybakteryjnego, czy przeciwgrzybiczego, włókno ma pochłaniać wszelkie zapachy (w domyśle, jak rozumiem, nieprzyjemne, np. z farbowania włosów).


Moja subiektywna ocena, opublikowana na niegdyś świetnym blogu Korzystne Zakupy, z którego zostałam, dzięki paskudnej intrydze, brutalnie wykopana (dlatego tutaj zamieszczam swoje tamtejsze archiwalne wpisy) była następująca: Mam długie włosy i jednak nie do końca mieszczą się w owym turbanie. Zanim założę na głowę turban, muszę użyć ręcznika, aby włosy osuszyć w celu zmniejszenia ich objętości. Tym samym spędzam wisząc głową w dół nad wanną minutę dłużej, niż kiedy zawijałam włosy w ręcznik. Minuta, to może nie jest zbyt wiele, ale powiedzcie to mojemu kręgosłupowi. Niewątpliwą zaletą jest lekkość na głowie, choć czasem bywa, że turban się obsuwa pod ciężarem moich włosów i ruszania głową. W skali 1-5 oceniam ten produkt dla siebie na 4.
Dziś, a minęło od zakupu 3/4 roku, uważam produkt za udany. Ręcznik rzeczywiście jest lekki i bardzo dobrze wchłania wodę. Podoba mi się to, że teraz, gorącym latem, bezpośrednio po umyciu głowy, mogę zawinąć włosy w lekki turban i przejść się na spacer z psem. Nie mogłam tego zrobić w zwykłym ręczniku, bo ten po kilku krokach spadał mi z głowy.

Ręcznik, który wybrałam jest w kolorze czarnym, ponieważ nie wiedziałam, czy przypadkiem nie będę go używać do farbowania włosów. Jego kolor nie ma tu jednak znaczenia, gdyż natychmiast, kiedy po niego sięgam, oczyma wyobraźni widzę… różowego konia z Almi Decor. Naturalnej wielkości :-)

:-)