Wstęp

Kiedy zakładałam stronę slow travel myślałam przede wszystkim o tym, że mam Wam do zaoferowania spędzanie wolnego czasu- wakacji, weekendów w spokojnym wiejskim zakątku. To zaproszenie znajdziecie w zakładce „nasza oferta”.

Tak naprawdę jednak całe nasze życie jest podróżą w czasie i przestrzeni. Moje życie to ucieczka od kulturowo uwarunkowanych stereotypów, od wychowania w jedynie słusznej wierze i od pracy na etacie.

To jest przestrzeń związana z szeroko pojmowaną filozofią slow, która paradoksalnie zdobywa niezwykle szybko zwolenników na całym świecie. Jest buntem przeciwko postępującej komercjalizacji i bezrefleksyjnemu życiu.

Jak pogodzić współczesny model życia i nie stłamsić własnych pragnień i potrzeb? Jak znaleźć szczęście i spełnienie w dzisiejszych realiach? Jak tanio żyć, kiedy zrezygnowało się z udziału w "wyścigu szczurów"? Złotego środka będę szukać w najbardziej podstawowych aspektach naszego życia- w pożywieniu, w rękodziele, w rozrywce i w pracy.

sobota, 26 października 2013

Wino domowe.

Nasze pierwsze próby samodzielnej produkcji wina domowego były nieudane. W nowym ogrodzie, zakupionym wraz z domem w 2001 roku, rozbuchała się winorośl, na której jesienią winne grona wyglądały tak, jakby chciały, żeby ktoś je zerwał i przerobił na wino.


Otrzymawszy przepis od osoby, która wiele lat zajmowała się produkcją domowych win, wyszedł nam ocet. Mamy wiele aktywności i sporo pasji. Jeśli zatem coś się nie udaje, łatwo się zniechęcamy i zajmujemy czymś innym. Kilka lat później, kiedy Internet na dobre zagościł w naszych progach, namawiani przez sąsiadów, krewnych i znajomych, zaczęliśmy szperać i czytać przepisy na domowe wina. Wypowiadali się tam przeróżni znawcy, zawodowcy i amatorzy. Pierwszy rok naszych prób polegał na kopiowaniu co do joty przepisów z jednej z popularniejszych stron winiarskich. Czego tam nie było i w co nie musieliśmy się zaopatrzyć! Studiowaliśmy tabelki związane z proporcjami owoców i cukru. Straszono nas zbyt dużą ilością tego cukru. Jak przedawkujecie cukier, drożdże nie ruszą. Kupiliśmy jakieś dziwne przyrządy, które przydały się tylko raz, albo wcale, takie, jak cukromierz.

Jaki był efekt? Stosując podane przez fachowców proporcje, bojąc się, aby nie przecukrzyć i nie zabić drożdży, wyprodukowaliśmy cierpkie, przez niektórych zwane- wytrawne- wina. Nie lubię win słodkich, ale to, co nam wyszło potraktowałam, jako porażkę. Dosładzanie, zlewanie i inne manipulowanie w procesie fermentacji skończyło się zapleśnieniem wina. Nic, tylko usiąść i płakać.

W końcu się zezłościłam. Jako osoba gotująca na co dzień mam pewien rodzaj instynktu, który podpowiadał mi, że te proporcje związane z cukrem, to kompletne brednie. Wino byłoby całkiem smaczne, gdyby było słodsze. Machnęłam zatem ręką na wszelkie poradniki, przeciągnęłam Chłopa na ciemna stronę mocy i zrobiliśmy wino najprostszym sposobem, bazując na poprzednich złych doświadczeniach. Skoro nie zawsze drożdże biorą górę nad innymi bakteriami i może zrobić się kwas, należy owoce wypasteryzować, czyli zagotować, tym bardziej, ze nie zawsze chce się je dokładnie myć. A jak się umyje, wraz z brudem i bakteriami wypłucze się również dzikie drożdże. Nie przekonał mnie sposób  robienia wina polegający na eliminowaniu bakterii za pomocą siarki. Siarki to ja nadmiar będę miała w piekle, teraz chcę zdrowo się odżywiać i nie aplikować sobie żadnej niepotrzebnej chemii. 

Doszliśmy do wniosku, że lepiej będzie zagotować owoce, a po wystudzeniu dodać drożdże winne.
I tak metodą prób i błędów wypracowaliśmy własny przepis na wina, który jest uniwersalny dla wszystkich owoców.

Do butli o pojemności 15 litrów wchodzi 10 litrów nastawu (owoców wraz dodatkiem wody z cukrem), aby  swobodnie można było nastaw zagotować i rozpuścić 3 kilo cukru. W praktyce są to dwa czterolitrowe gary zapełnione owocami w 4/5 objętości uzupełnionej wodą oraz 1 dwulitrowy garnek. W każdym z garnków, po zagotowaniu zawartości,  rozpuszczam cukier. Robię wszystko wieczorem, aby do rana nastaw wystygł do temperatury pokojowej. Rano wlewam nastaw do czystej butli (powinno być maksimum 2/3 objętości butli, bo fermentacja czasem przebiega burzliwie, o czym przekonałam się na własnym przykładzie w tym roku-szczegóły pod tym linkiem), dodaję drożdże, zatykam korkiem z rurką. Do rurki koniecznie trzeba dać czopek z waty, ponieważ lubią tam wpadać muszki owocówki. I to wszystko zostawiam w ciepłym miejscu na dwa do czterech miesięcy. I nic z tym po drodze nie robię. Nie ma żadnego zlewania, otwierania butli, dolewania syropu, bo przy takich praktykach wszystko nam się kiedyś zakaziło i wyszło gówno, nie wino!


Po kilku tygodniach/miesiącach, kiedy mamy już pewność, że fermentacja ustała, zlewamy wino do butelek. Najsmaczniejsze jest, jak w tych butelkach poleżakuje sobie jeszcze przynajmniej pół roku. Dłużej, jak 2 lata nie ma co trzymać domowych win. Pozbawione chemii, wietrzeją.

Jeśli ktoś dysponuje stodółką i nie posiada sąsiadów konfidentów, może sobie z pozostałych w butli fusów przepędzić bimber. Destylat owocowy nie ma sobie równych. Wychodzą z niego najsmaczniejsze domowe nalewki i likiery.
Bardzo ważna uwaga: po takim domowym winie, ani po destylacie owocowym nie ma kaca.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz