Wstęp

Kiedy zakładałam stronę slow travel myślałam przede wszystkim o tym, że mam Wam do zaoferowania spędzanie wolnego czasu- wakacji, weekendów w spokojnym wiejskim zakątku. To zaproszenie znajdziecie w zakładce „nasza oferta”.

Tak naprawdę jednak całe nasze życie jest podróżą w czasie i przestrzeni. Moje życie to ucieczka od kulturowo uwarunkowanych stereotypów, od wychowania w jedynie słusznej wierze i od pracy na etacie.

To jest przestrzeń związana z szeroko pojmowaną filozofią slow, która paradoksalnie zdobywa niezwykle szybko zwolenników na całym świecie. Jest buntem przeciwko postępującej komercjalizacji i bezrefleksyjnemu życiu.

Jak pogodzić współczesny model życia i nie stłamsić własnych pragnień i potrzeb? Jak znaleźć szczęście i spełnienie w dzisiejszych realiach? Jak tanio żyć, kiedy zrezygnowało się z udziału w "wyścigu szczurów"? Złotego środka będę szukać w najbardziej podstawowych aspektach naszego życia- w pożywieniu, w rękodziele, w rozrywce i w pracy.

niedziela, 10 sierpnia 2014

Mój pierwszy ser podpuszczkowy.

Zmiana trybu życia i przyzwyczajeń nie jest rzeczą prostą. Nie można tak z dnia na dzień zerwać z wszystkim tym, co nas kusi i otacza. Kusi nas wygoda kupowania w sklepie gotowych produktów, bo nie tracimy czasu na produkowanie jedzenia w domu. Kuszą smaki chemicznych dodatków. Sama nie potrafię żyć bez smaku umami zawartym w glutaminianie sodu. Staram się jednak pomalutku, małymi kroczkami z miesiąca na miesiąc, z roku na rok, zmieniać te swoje przyzwyczajenia, zastępować niektóre produkty innymi (zamiast maggi sos sojowy), z innych rezygnować na stałe. Poczyniłam pewne postępy: nie biorę do ust żadnych napojów ze sklepu poza wodą mineralną/źródlaną, odzwyczajam się od sklepowych wędlin (kupuję jeszcze wysokiej jakości salami i tradycyjnie wędzone kiełbasy), postanowiłam odstawić wieprzowinę (tykam tylko tę z wyżej wspomnianych wędlin), nie kupuję żywności przetworzonej. Mam też ogromne ambicje, by pewne produkty robić sama. Na razie są to eksperymenty, ale od czegoś trzeba zacząć.

Kiedyś robiłam twarogi z mleka prosto od krowy. Niestety, mleko przestało spełniać normy higieniczne- śmierdziało, a jego przechowywanie od momentu wydojenia do odbioru pozostawiało wiele do życzenia. Więcej krów we wsi nie ma, a jechać po mleko 20 km to przerost formy nad treścią. Póki nie mam dostępu do mleka od zwierząt gospodarskich, postanowiłam trenować wyrób serów podpuszczkowych na mleku ze sklepu. Ale zanim popełniłam mój pierwszy ser, musiałam zgłębić tajniki tej sztuki. Pomogły mi w tym warsztaty zorganizowaneprzez Akademię Siedliska pod Lipami w izerskim gospodarstwie agroturystycznymKonik Polski w Przecznicy.











Bez zobaczenia całego procesu na własne oczy, nauka z przepisu, czy z filmików na youtubie byłaby niezwykle trudna. Zorientowałam się, jak ważna jest precyzja w produkcji serów, temperatura i kolejność wykonywania czynności. Krojenie nożem skrzepu to wręcz rytuał. Zobaczyłam i dotknęłam konsystencji skrzepu, by mieć na przyszłość punkt odniesienia. Brałam udział w formowaniu serów- goudy, handkase’a camemberta i parzenicy oraz w ich kosztowaniu. Ile radości może przysporzyć coś, co jest dziełem naszych własnych rąk?
Tworzenie jedzenia to magia.


Na zakończenie warsztatów dostałam pod opiekę jeden z camembertów, który trzeba pokryć białą, szlachetną pleśnią. Wiesio, bo tak nazwałam swojego podopiecznego, pleśnieje w lodówce zajmując dla siebie całą półkę na warzywa, a ja tymczasem postanowiłam wykorzystać wiedzę, którą przyswoiłam podczas warsztatów. Z tej racji, że jestem niecierpliwa i miałam ochotę na efekt natychmiastowy, postanowiłam wyprodukować handkase- żuławski ser „od ręki”, który można skonsumować niemal zaraz po zrobieniu.

Schody zaczęły się już na samym wstępie. Nie znalazłam mleka pasteryzowanego w niskiej temperaturze. „A co tam, najwyżej będę wiedziała, jakiego mleka nie używać”- pomyślałam i kupiłam zgrzewkę mleka pasteryzowanego w wysokiej temperaturze i w dodatku opatrzonego słowem „homogenizowane”. To mnie najbardziej zmartwiło, bo nie do końca wiedziałam, jaki może mieć wpływ na bakterie i podpuszczkę , ale cóż zrobić?

Zgrzewka zawierała 6 litrów mleka, które rozlałam na 2 garnki. Podgrzałam do podanej temperatury i zaszczepiłam bakterie. Z tego powodu, iż miałam niepewne mleko, wydłużyłam czasy namnażania bakterii i po dodaniu chlorku wapnia i podpuszczki, wydłużyłam czas oczekiwania na skrzep. W końcu jednak ruszyłam z nożem na skrzep. Gdybym nie uczestniczyła w warsztatach, nie zorientowałabym się, że nie do końca mogę być z niego zadowolona. Był delikatniejszy, a ziarno, które z niego powstało, bardzo rozdrobnione. Było mi dużo trudniej uformować z niego ser, ale ziarno smakowało tak znakomicie, że miałam ogromna motywację.



Jak widzicie (mozna powiększyć, będzie bardziej widoczne),
ziarno nie jest tak grube, jak na prezentowanym wyżej 
zdjęciu z warsztatów.

Przy odciskaniu serwatki narobiłam takiego syfu w kuchni, że ciężko to opisać. W końcu znalazłam metodę. Na jednym sitku odsączałam, pomagając sobie poprzez ręczne wyciskanie serwatki, a na drugim formowałam i przyprawiałam ser. Dodałam do niego aromatyczne oregano. Postanowiłam zrobić jeden duży krążek. Kiedy udało mi się wreszcie uporać z ową materią, przycisnęłam ser pokrywką, wycisnęłam serwatki, ile się dało i pozostawiłam na 3 godziny do obcieknięcia. 



Pojechałam na zakupy i przy okazji znalazłam w innym sklepie mleko, o jakie mi chodziło: pasteryzowane w niskiej temperaturze. Następne sery, już wkrótce, będą robione tylko na tym mleku.
Po trzech godzinach odwinęłam krążek z pieluchy i zasypałam solą kamienną niejodowaną, która nadała smak serowi oraz wyciągnęła z niego jeszcze nieco wilgoci.

Po usunięciu nadmiaru soli z sera, był on gotowy do spożycia. 






Zobaczcie, jak dużo wyszło- z 6 litrów mleka prawie kilo sera ;-)

Niebo w gębie. Mimo, że miałam do przerobienia zakazane przez serowarów mleko, efekt końcowy był bajeczny. Oczywiście, zawsze może być lepiej i jeszcze lepszych smaków będę poszukiwać. Swój debiut jednak uważam za niezwykle udany.

13 komentarzy:

  1. Nie masz pojęcia jak się cieszę! Z mleka pasteryzowanego w niskiej temperaturze ser na pewno bedzie jeszcze lepszy, nie zmienia to jednak faktu, że Twój sebiut jako serowarki jest wspaniały. Gratuluję:-)))
    Asia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że mi się udało, ponieważ ja się łatwo zniechęcam. Kiedyś bardzo mi zależało na własnej produkcji mydła, ale mi nie wyszło i się zniechęciłam. Kilkanaście lat temu skisło mi pierwsze w życiu wino i obraziłam się na 10 lat!!! :-( Tu mi mimo nieprzepisowego mleka ładnie wyszło, a do mydeł pewnie kiedyś powrócę :-)

      Usuń
    2. To wyobraź sobie, że jak się uczyłam piec chleby na zakwasie co i rusz wychodził mi koszmarny gniot. Bardzo długo piekłam wyłacznie drożdżowe. A potem się zaparłam! Zmarnowałam nie wiem ile mąki, ale w końcu zaczął, skubaniec wyrastać za każdym razem... A z serami poszło mi jakoś tak od reki. Pozdrawiamy!
      Asia i Wojtek

      Usuń
    3. Ja własnie jestem na tym etapie- obrażenia się na chleb na zakwasie. Mam nadzieję, że jakiś przypadek sprawi, że załapię. Chrznię juz coś na etapie zakwasu. Nie pachnie mi on ładnie. A dziwne, bo zakwas owsiany na żur wychodzi mi zawsze. Nie kumam :-(

      Usuń
  2. Kochana jestem z Ciebie dumna! -brawo!
    Wyszedł niezły kawał syra !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda tylko, że tak szybko znika. Mam nadzieję, że będę miała kiedyś we dworze okazję Cię poczęstować :-)

      Usuń
  3. Hej mozesz podac nazwe tego mleka pasteryzowanego w niskiej temperaturze i gdzie mozna go kupic? dzieki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To mleko pełnotłuste Łaciate" (3,2)sprzedawane w plastikowych litrowych butelkach. Niska temperatura pasteryzacji to 74 st C. Ja znalazłam go w lokalnym supermarkecie.

      Usuń
    2. Ale trzeba mieć szczęście. Wczoraj miałam pecha i w sklepie akurat nie było :-(

      Usuń
  4. Brawo! Kolejna umiejętność i to jakże dobra. Podziwiam Cię za chęci i wytrwałość. Ja jestem niecierpliwa, muszę mieć wszystko od razu, mam mniej zapału i motywacji.
    Wygląda bosko, może kiedyś Wola będzie raczyła swych gości takim specjałem:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie z tą myślą uczę się tego typu rzemiosła :-) Mniej więcej wiem, o co chodzi z serami, moje pasztety są coraz smaczniejsze, chlebek choć na drożdżach, jeszcze nie na zakwasie, też niezły. Robimy wino, destylaty, przetwory. Zamierzam jeszcze robić cydr i masło orzechowe z własnych orzechów. To przede wszystkim z myślą o gościach. Oczywiście, jeśli starczy mi czasu i zapału. I zdrowia.

      Usuń
    2. Brzmi smakowicie, Wpraszam się jako gość, proszę o miły pokój dla rodzinki z goldenkiem:)

      Usuń
    3. Oczywiście, zapraszamy :-)

      Usuń